niedziela, 30 grudnia 2012

Prost!

Już po północy. Znaczy, że zaczął się ostatni dzień roku. Jaki był ten rok? Pominę milczeniem. Ważne, że ten następny będzie lepszy. To już postanowione!

Ale ponieważ tradycja jest, aby składać  sobie życzenia, czynię to z największą chęcią i radością:

Życzę Wam, Kochani, aby rok był dla Was pomyślny i przyniósł Wam mnóstwo miłych niespodzianek, żeby kotlety Wam się nie przypalały, galareta odpowiednio i na czas ścinała, kwiatki nie więdły i łańcuch nie spadał w rowerze. Aby dzieci były dla Was łaskawe o poranku, gdy chcecie jeszcze pospać i  aby TV traktowała Was poważnie i z szacunkiem, więc aby nadawała same fajne filmy w porze największej oglądalności, zamiast tych wszystkich ogłupiających seriali.

Światu, aby panował pokój, aby dzieci się radowały i nie chodziły głodne, aby terroryści zapadli na  śpiączkę afrykańską, a politycy na amnezję dysocjacyjną. Aby nastał dzień, gdy Adam Wajrak, Robert Biedroń oraz kardynał Dziwisz  zasiądą przy wspólnym stole na herbatce, aby porozmawiać o Tischnerze.   Aby Natalia Siwiec wyjechała do Rosji i załatwiła nam obniżkę gazu,  a Rysiek z Klanu niech jedzie do USA, aby nam znieśli wizy. Da sobie chłopak radę.

Sobie, abym otrzymała taką miłość, która będzie dla mnie dobra, abym nigdy nie spoważniała i nie przestała się głośno śmiać. Abym mogła kiedyś odwiedzić miasto Irvinga i aby mi nigdy nie zabrakło pomysłów. Aby mi odpuścił mój viceprezydent wszystkie te nieładne rzeczy, które mu nagadałam i aby mi nie dał więcej pretekstu. I aby mi się język wyparzył, bo mi nastręcza kłopotów. I abym wygrała jeszcze parę konkursów, bo to jest bardzo przyjemne. By się poznał na mnie National Geografic i w ogóle.

Więc niech się spełnią czary i niech byśmy się zatańczyli w momencie, jak będą podpalać nam niebo.

A ja zaś pokołyszę się tak:









Prostota na wybiegu

Dla pewnych zestawień kolorystycznych wręcz trzeba szukać usprawiedliwienia. Dla czerni i bieli - nigdy. Są siebie warte i stanowią małżeństwo doskonałe. Proste więc eleganckie. Eleganckie więc proste. Tak to działa. 

I ciągle jeszcze znajdują w sobie energię, aby o sobie przypominać w świecie zapełnionym przez jaskrawo upudrowane lalunie.





Już bardziej musiałam poszukać usprawiedliwienia dla faktu, że za moment połączę bawełny o różnej grubości i różnym splocie. Tu musiałam chwilę zastanowić się, jak to zrobić, aby grubszy materiał się nie marszczył, a cieńszy ładnie układał się na poduszce.






sobota, 29 grudnia 2012

Bombonierka tekst

Wiecie, ile osób tu weszło, wpisując w okno swojej wyszukiwarki hasło "Bombonierka tekst"? No ile?

238!!!

W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy mojego pomieszkiwania pod nowym adresem (internetowym) aż tyle osób wpadło tu mimochodem, bo spragnionych było kokieteryjnej poezji. A tu ni tej poezji, ni kokieterii  nawet na lekarstwo.

No to proszę - odrobina poezji...

Dzień pogania noc
świtem purpurowym
ty jak czarny kot
kończysz łowy
Nic mi do twych zdrad
chociaż dziwi, że
ich gorzkawy smak
ciągle kusi Cię

A gdy patrzysz tak - śmieję się
nic mi do twych zdrad, ale wiem
Choć papierków po cukierkach
tu i ówdzie ślad,
marzy ci się bombonierka
taka jak ja
niby nic, a jednak zerkasz,
jak się dostać do pudełka
odkryć tajemnicę słodką,
delikatnie zdjąć złotko

Choć papierków po cukierkach ślad i tam i tu
marzy ci się bombonierka - istny cud
żeby tak nasycić się
ale wciąż w zapasie mieć
i rozgryzać tę zagadkę
... tę zagadkę...
po ostatnią czekoladkę

Noc pogania dzień
szafirowym zmierzchem.
Tobie kocich gier
nie dość jeszcze.
Nic mi do twych zdrad, 
chociaż dziwi, że
Ostry kolor kłamstw
nie razi cię

A gdy patrzysz tak - śmieję się
nic mi do twych zdrad, ale wiem
Choć papierków po cukierkach
tu i ówdzie ślad,
marzy ci się bombonierka
taka jak ja


... i odrobina postświątecznej kokieterii.




No i muzyki, rzecz jasna, obowiązkowo, co dobra jest na karnawał:







piątek, 28 grudnia 2012

Nie sądź faceta po pozorach

Poszłam  do kawiarni na kawę z koleżanką -  bez ekstrawagancji - czyli do lokalu zgodnie z jego przeznaczeniem. Tylko, że kawiarniana wizyta nie była do końca zgodna z przeznaczeniem. Kawa miała tu być jedynie pretekstem, abym mogła zobaczyć (a w najbardziej optymistycznym wariancie zaaprobować) fajnego kelnera, który się koleżance nad wyraz spodobał.

Dokonałam wstępnej inwentaryzacji przez szybę i bilans na moje oko nie wypadł najlepiej. Niby wzrost był ok, rozmiar stopy - ok, ale ta ładniutka twarz zupełnie nie w moim stylu. I te oczy takie puste. Ja to jednak wolę, jak facet ma w sobie coś ze zbira. A ten nic,  ani zmarszczki najmniejszej, ani siwego włoska, ani nawet cienia wczorajszego zarostu. Koszula pod krawat. Tfu! O reszcie wolałam nie spekulować. W końcu nie mój biznes - nie mi się miał podobać.

Skwitowałam jednak w kierunku koleżanki:
- A mnie się wydaje, że wiekowo to on jednak nie nasz target jest. Zobacz na tę twarz.

Tylko, że jej chodziło właśnie  głównie o tę twarz. To ze względu na tę twarz  miękły jej nogi i uruchamiała jej się epicka wręcz wyobraźnia.

W ogóle cała wyprawa miała być również (jeśli nie głównie) w celu, by się koleżanka z owym panem mogła bliżej zaznajomić. Że niby pomiędzy zamówieniem a wciśnięciem mu w dłoń napiwku można było dokonać wymiany poglądów lub nawet (!) numerów telefonów. Podobno wizualnej obserwacji koleżanki pan ów był poddawany już od dłuższego czasu.

Poszłyśmy więc uzbrojone (ja w cierpliwość, ona w inne atuty) dokonać rekonesansu, czy w ogóle warto, czy też koleżankę należy przed niechybną zgubą raczej wyratować. Doszłyśmy do wniosku, że jeśli tylko podczas tej wizyty pan kelner okaże się być rasowym głąbem, pryskamy. Taki był plan!

***

Koleżanka, świadoma faktu, że świat to jednak bardzo schematyczny jest i przewidywalny, a już ten jego wycinek pod postacią adamowego syna w szczególności jest przewidywalny i łatwy do odszyfrowania, postanowiła zagiąć na niego parol i ubrała się odpowiednio. Znaczy, że w dekolt adekwatny i szokujące mini.  I o ile na ten dekolt pokiwałam głową z aprobatą (wszak sama wiem dobrze, że dziewięciu na dziesięciu facetów woli dobrze eksponowany biust, pozostałym jednym się nie zajmujemy, bo on i tak woli tych dziewięciu facetów), tak to mini zbiło mnie z pantałyku. Taka ekstrawagancja? Ani to pogoda odpowiednia, ani okazja. Mimo to nie skomentowałam. Miałam cichą nadzieję, że facet jednak ma gust bardziej wyrafinowany i większych nieco podniet niż odkryty biust i eksponowane nogi wymaga, bo gdyby z nim każdej tak łatwo szło i o to tylko chodziło, to po cóż byłyby te całe ceregiele.

Gdzieś na marginesie tych rozważań przemknął  mi przez głowę cichy żal, że ja ze swojego dekoltu użytku robić niestety nie potrafię, jak koleżanka, bo samochód nadal mam niesprawny, a do wygodnego spania ciągle jeszcze wymagane są cztery tomy Diany Gabaldon i "Cień wiatru".

Nic to. Poszłyśmy. Zamówiłyśmy. Pan bez słowa zrealizował zamówienie. Bez zbędnej zwłoki, bez zarzutu.  Dekoltu wzrokiem nawet przez chwilę nie zaszczycił. No, nie było się do czego podczepić. I jak tu zahaczyć faceta, jak on taki bez skazy przy obsłudze?

- Ty uważaj - mówię jej - bo skoro on taki idealny, to ty prędzej czy później padniesz przy nim z nudów.
Nic nie dała sobie wytłumaczyć. Wpatrzona w niego jak w obrazek, obmyślała w głowie dziesiątki strategii, jaką tu sytuację sprowokować, aby do dialogu wykraczającego poza przedmiot kawiarnianego zamówienia zgrabnie przejść. Oczyma wyobraźni widziała siebie w niekończących się  dyskusjach z owym księciem, w intelektualnych i różnych takich innych... potyczkach.

W końcu wpadła na tę myśl odpowiednią, jak by tu konwersację rozpocząć i skierowała pytanie za kontuar:
- Powie nam pan, gdzie jest biblioteka?
- Tu, w rynku.
- Tu jest chyba księgarnia?!
- A to jest jakaś różnica?

Fascynacja koleżanki ślicznym facecikiem opadła z hukiem na podłogę i roztrzaskała się na tysiąc kawałków.  Ostatniego namaszczenia nie budiet!



czwartek, 27 grudnia 2012

Po przydługawym wstępie "Świat według T.S. Spiveta"

Zawsze twierdziłam, że telewizja ogłupia. I jak kiedyś Kubuś Puchatek, który szukał miodku w słoju (im bardziej zaglądał, tym bardziej go tam nie było), podobnie mam  i ja (im dłużej te wypociny rady programowej TVP  oglądam, tym bardziej sensu w tym nie widzę). Wszak w dzisiejszych czasach,  kto nie idzie w jakiejś dziedzinie do przodu, znaczy, że się cofa. Telewizyjnie tkwię więc wciąż na etapie wczesnoszkolnym. Trzydzieści razy z rzędu mogę oglądać "Dirty dancing" i niezależnie od ilości doświadczonych na własnym ciele seansów niezmiennie,  beznadziejnie wzruszam się w tych samych momentach rozwoju akcji, nadal brak mi obiektywizmu, a czarne charaktery najchętniej widziałabym na stryczku, bez prawa do późniejszej ich rehabilitacji.

Jednak czytelniczo udaje mi się jako tako rozwijać. Zdarzyło mi się w końcu doświadczyć jakiejś tam ewolucji. Przebyłam kilka szkolnych lektur i modnych w podstawówce książek pióra Lucy Maud  Montgomery, Musierowicz  oraz Niziurskiego.  Mam na koncie fascynację miłosnymi opowiastkami serii Harlequin, potem były te bardziej rozbudowane, bardziej zaawansowane językowo i obyczajowo romansidła klasy Danielle Steel. Po drodze zaliczyłam jeszcze całe tomy poezji, zwieńczone pseudofilozoficznymi dyskusjami przy kieliszku w gronie egzaltowanych znajomych w czasach liceum - mi również udzielały się te egzaltacje; potrafiliśmy się upić wtedy jedną butelką wina w sześć osób - złote czasy!). Były i rozważania nad Seneką i Tischnerem.

Wstyd się przyznać, ale i o Paulo Coehlo potknęłam się dwukrotnie na swojej czytelniczej drodze - od tego momentu  potrafię kląć bez użycia brzydkich wyrazów, a używając jedynie cytatów z tegoż quasi-filozofa.

Świat pięknych romansów i sielankowych opowieści  rodem znad rozlewiska, a także filozoficznych rozpraw  mam już jednak za sobą. Życie się po mnie przejechało, to i gust mi się zwichrował. Teraz od gorących pocałunków i głębokich westchnień wolę, gdy się na kartach książki kogoś w wyrafinowany sposób ukatrupi lub co najmniej zgwałci, albo  okaleczy. Zagmatwana intryga i polityczne afery również są nie do pogardzenia. A już dreszcz emocji wywołuje u mnie koktajl tych wszystkich elementów, dodatkowo doprawiony nieco absurdalnym dowcipem. Tu Irving jest niekwestionowanym mistrzem, o czym już niejednokrotnie na kartach tego bloga przekonywałam.

Obecnie jednak Irving się rozleniwił, wydaje jedną książkę co dwa lata; dla zabicia czasu pomiędzy jego powieściami czytam więc wszystko, co wpadnie mi rękę, przy czym próbuję układać sobie te lektury w pewne cykle. Ostatnio na przykład hasło-klucz to literacka nagroda Noble'a. "Zaliczam" więc po kolei noblistów, aby przekonać się, czy aby szanowna kapituła nie przyznała którejś  z nagród po protekcji lub z jeszcze gorszych pobudek, a jedynie za odpowiedniej klasy literacki dorobek.

Gdy pomysły na cykle się wyczerpią, dam się uwieść zwyczajnie - po babsku -  ładnej okładce i sięgnę po pozycję, której autor i tytuł nic mi nie mówią, a skusi mnie jedynie ładny obrazek.

Dużym (przede wszystkim dla mnie samej) zaskoczeniem stał się również fakt, że sięgnęłam na powrót do literatury dziecięcej i młodzieżowej.  Z przymusu przebiłam się przez "Opowieści z Narnii" i "Akademię Pana Kleksa", bo przerabiałyśmy to z Oliśką w szkole. Odkąd jednak stwierdziłam, że nauka polskiego w ramach obowiązkowej edukacji  pasji czytelniczej w mojej latorośli nie rozbudzi, poszukuję też takich tytułów, które nadają się do głośnego czytania i pozwolą na zaabsorbowanie jej uwagi na dłużej i to bezinteresownie. Przy okazji mi udaje się poznać bliżej JEJ świat oraz spojrzeć na ten NASZ, tylko że jej oczami. Ciekawe doświadczenie!

Książka, która w ostatnim czasie mi taką podróż do lat dzieciństwa zafundowała, ma tytuł  "Świat według T.S Spiveta". Już pierwszy z nią kontakt był wyjątkowym przeżyciem. Gładziusieńki papier, strojna  okładka i świetne ilustracje zajmują sporą część uwagi. Wydania tej lektury podjęło się Wydawnictwo Dolnośląskie - od lat specjalizujące się w produkcji książek, z którymi obcowanie już przez sam dotyk staje się przygodą.



Na prawie czterystu stronach rozpisano i rozrysowano historię dwunastoletniego chłopca - genialnego kartografa, który udaje się w podróż z amerykańskiej prowincji do akademickiego ośrodka. Ma on tam za zadanie "wytłumaczyć się" ze swojego geniuszu przed szerokim gremium naukowców i publicystów.   Cała opowieść to więc fabuła drogi. Jedni to lubią, drudzy nie.

Nie będę tu powielać informacji, które wyczytać można na obwolucie okładki.  Powiem jedynie o powodach, dla których czytam córce tę książkę.
Spędzamy więc z nią wieczory, ponieważ:
- lubimy się pośmiać (a czytając "Świat według Spiveta" dzieje się to często, choć bywa, że śmieszą nas odmienne sytuacje; śmiejemy się więc z różnych rzeczy i w różnych momentach tej powieści),
- czasem też chętnie się pozwruszamy i po babsku poszlochamy nad cudzym nieszczęściem, a po ludzku (po polsku?)  cieszymy się przy tym, że podobne  nieszczęścia nie są naszym udziałem,
- chcemy doświadczyć przygód, chociażby były to jedynie cudze przygody - opisane są tu one w taki sposób, jakbyśmy same były częścią tej akcji,
- mamy zamiar przekonać się, czy rzeczywiście wszystko da się narysować - zrobić mapę, schemat, wykres  każdej rzeczy i zjawiska; nawet tego, którego nie da się dotknąć,
- pełne zachwytu  robimy wykresy i schematy rzeczy tak dziwnych, a dotyczących naszego życia, że aż głupio się tu publicznie do tego przyznawać.

Kto jednak liczy na beztroską opowiastkę dla grzecznych dziewczynek i chłopczyków, tęgo się zawiedzie. Język jest zrozumiały, ale nie tak prosty, jakiego można byłoby się spodziewać po lekturze dla młodocianego adresata.  Wzięłam tę książkę wprawdzie z półki z literaturą dziecięcą, jednak dziecko w wieku mojej Oliśki samodzielnie pewnie tej lektury nie przebrnie. Niewątpliwie wymagane jest wsparcie i zaangażowanie rodzica. Ta czasowa inwestycja jednak popłaca. Gwarantuję sporą dawkę fascynujących wieczorów z wtulonym pod pachę dzieciaczkiem, z buzią otwartą z zaciekawienia i zaszklonymi oczkami.

Na koniec cytat na zachętę:

— Mamusiu, czy mogę dostać AIDS od trawy? — spytał zeszłego lata Layton.
— Nie — odrzekła doktor Clair. — Najwyżej tyfusu plamistego Gór Skalistych.
Grali w mankalę. Ja siedziałem na kanapie, pracując nad rysunkiem topograficznym.
— A trawa może dostać AIDS ode mnie? — spytał Layton.
— Nie — odpowiedziała doktor Clair.
Puk, puk, puk — robiły kulki, wpadając do drewnianych dołków.
— Miałaś kiedyś AIDS?
Dr Clair uniosła wzrok.
— Layton, o co chodzi z tym AIDS?
— Nie wiem — odrzekł Layton. — No ale nie chcę tego złapać. Angela Ashforth mówi, że to ciężka choroba i że ja pewnie to mam.
Dr Clair patrzyła na Laytona. Pionki do mankali wciąż tkwiły w jej dłoni.
— Jeżeli Angela Ashforth jeszcze raz ci coś takiego powie, to wyjaśnij jej, że sam stres spowodowany przez bycie małą dziewczynką w społeczeństwie, które obarcza małe dziewczynki niewspółmiernie wygórowanymi oczekiwaniami dotyczącymi spełnienia pewnych standardów fizycznych, emocjonalnych i ideologicznych — spośród których wiele jest niewłaściwych, niezdrowych i samoutrwalających się — w żaden sposób nie usprawiedliwia wyładowywania jej nieuzasadnionej nienawiści do samej siebie na takim miłym, grzecznym chłopcu jak ty, a tym bardziej nie jest powodem do twierdzenia, że masz AIDS.
— Chyba nie dam rady tego wszystkiego zapamiętać — powiedział Layton.
— To w takim razie powiedz jej, że ma matkę z zapijaczonej białej hołoty z Butte.
— Dobrze — odrzekł Layton. 







wtorek, 25 grudnia 2012

Dysonans idzie z góry

Święta upływają nam spokojnie i leniwie. W ich organizacji mam już jako taką wprawę.  W końcu to już 40 edycja. Choć nie powiem, że nie było tremy. O mały włos, wskutek niesprzyjających okoliczności, ta  sielankowa atmosfera obróciłaby się wniwecz.
Na szczęście Majowie się ciulnęli z kalendarzem, a spór o datę chrystusowych narodzin został skutecznie zagłuszony przez swojskie kolędowanie. I (puściwszy w niepamięć powyższe) żyłabym sobie spokojnie przez cały dzień, serwując gościom pierniki i podgrzewanego karpia, gdybym nie włączyła telewizji.

A tam?  Watykan i bożonarodzeniowa szopka?...  To nie dziwi.
Kevin sam w Nowym Jorku?... Nie dziwi.
Niskich lotów szoł z udziałem rodzimych gwiazd mających kłopoty z angażem do poważniejszych produkcji?... Nie dziwi.
Napominanie kościelnej głowy do życia  w prostocie?... Owszem, dziwi.

Biskup czy jakaś inna kościelna ważna osoba  mówi mi z TV, że dobra życia doczesnego to w sumie nic ważnego, nie powinniśmy dać się zdominować.
Ba! W sumie też tak uważam - od kiedy pamiętam.
Przemówienie kościelnej persony poczytuję jednak jako nieuprawnione i nieszczere. O prostym życiu (rezygnując z  wygód i bogactwa) mówić jest łatwiej, gdy siedzi się na złotym tronie i ubranym jest się w wyszywane złotymi nićmi szaty, ma się pełny żołądek i armię posługaczy.

Mark Twain nie odkrył Ameryki, gdy mówił:

"Łatwiej mieć zasady, gdy jest się najedzonym."

I dodał również:

"Człowiek to jedyne zwierzę, które się rumieni. I jedyne, które musi."

Z naciskiem  na słowo "musi" -  jednak.






niedziela, 23 grudnia 2012

Ech...

Dziś wigilia. Paradoksalnie - dla mnie to jeden z najsmutniejszych dni w całym roku.  Mam kilka miejsc przy stole  tak straszliwie pustych, że aż strach. Czy już zawsze tak będzie?

Oj,  popłaczę sobie ja dziś, śpiewając preisnerowkie kolędy po nowemu.



Ale wcześniej  pójdę na spotkanie z pisarzem, którego książkę wraz z autografem wygrałam w konkursie organizowanym przez pewną redakcję, bo się pan pisarz specjalnie dla mnie tu pofatyguje. Będę się cieszyć, jak dziecko. Piękny prezent mi się trafił.

Powybrzydzam w odświętnych sukienkach, dokończę kutię (pierwszą w życiu wykonaną samodzielnie) i zanudzę sąsiadów puszczaną głośno jazzową pastorałką.  Ech, któż tam nie gra? I Ptaszyn Wróblewski. I Robert Majewski.  I Andrzej   Jagodziński. I mój ulubiony Artur Andrus (jakże on nie potrafi śpiewać - uwielbiam go za to:) I Dorota Miśkiewicz.
Doborowe towarzystwo, przy którym nogi skaczą same, a gęba się śmieje od pierwszego taktu, aż do ostatniego. Że już o samym tekście nie wspomnę.

Niech to będą więc ode mnie dla Was życzenia:) Z uśmiechem  i ciepłym powiewem na te mroźne święta.






Może Tobie idą ząbki, albo Ty masz kolkę
a możeś Ty Dziecineczko zmęczona tym folkiem
dwa tysiące lat Ci grają pastuszki i drwale
w każdej szopce krakowiacy, kurpie i górale

My Ci w darze przynosimy mały Panie Jezu
zestaw chwytów na gitarę z antologią jazzu
może Ty już nie chcesz słuchać średniowiecznych bardów
może byś się ukołysał w rytm naszych standardów

może zamiast harf anielskich i kościelnych dzwonów
wolisz w "Lulajże Jezuniu" solo saksofonu

Żebyś mógł narobić czasem troszeczkę hałasu
tu masz takie pokrętełko dla podbicia basów
może zamiast kołysanek i cichej stajenki
jakaś trąbka i fortepian, i jakieś bębenki.

Stroimy się





































sobota, 22 grudnia 2012

Pachnie goździkami i cynamonem



Raz do roku używam książki kucharskiej. 
I tylko wtedy ekscytuje mnie to tak bardzo, że wtedy każda inna lektura jest jak kolega wstawiający cytaty  Coehlo na Facebooku, jak Bałtroczyk w wieczornym kabarecie i jak program świąteczny Polsatu na święta - czyli fajna ale słaba. 
Książka kucharska jest teraz u mnie w użyciu. I to interdyscyplinarnie - kilka rozdziałów jednocześnie. 

Pozwalam dzieciakom wylizywać surowe ciasto -  po upieczeniu nigdy nie smakuje już tak samo.
Wydeptuję ścieżkę wokół piekarnika. Zaglądam przez szybkę. I oddycham z ulgą, gdy keks nie opadnie, pierniki się nie przypalą, a polewa się nie zważy. Lukruję, maluję, zdobię, posypuję, przekładam do puszek. 
Wszystko w asyście małej księżniczki.



piątek, 21 grudnia 2012

Baju baju przy stole

Grudzień jest takim miesiącem, w którym chętnie i często testujemy wytwory świdnickiej garmażerki.  Oflagowałam się i nie gotuję.  Bo nie lubię. Bo nie umiem. Nie mam czasu. Nie lubię, bo  nie umiem  i tak dalej.  Prawdziwy obiad jemy więc wtedy, gdy wpadnie do nas moja  mama lub tato Oliśki i coś nam ugotują.

Wczoraj też była garmażerka. Testowałyśmy mięsne pyzy. Przy czym mięsne to one są jedynie z nazwy, ale zostawmy to.

Oliśka osóbką jest raczej wątłej postury, w której wszystko jest w wersji sfilcowanej.  Ma drobne dłonie, patykowate nogi i chude ręce. Tym samym buźkę ma również delikatną i filigranową. Dopiero jak warknie w swoim wiecznym niezadowoleniu zbuntowanej nastolatki, rozwiewa wszelkie wątpliwości: oto siedzi ze mną przy stole  laleczka Chucky.

Więc trzeba ją zobaczyć, JAK ona te pyzy je.  Jest wprost mistrzynią w powodowaniu tego, że ze mnie uchodzi wszelki apetyt na cokolwiek. Nie kroi ich na kawałki. Nóż trzyma, owszem, w prawej ręce przez cały czas posiłku. Przytrzymuje nim pyzy, aby jej nie spadły z talerza. Nabija jednak tę kulkę na widelec i ją w całości do tej mikrobuźki pakuje. I rośnie jej to w środku. Pęcznieje. Poliki ogromnieją. Okropność!
I mieli.
Mieli.
Trwa to może nawet ze dwie minuty, zanim  ona to zmieli do końca i przełknie.

A ponieważ obiad takim jest posiłkiem, który to zawsze staram się zjeść razem z nią, jest dobra okazja, aby na spokojnie poruszyć tematy. Można patrzyć sobie w oczy  i nie da się uciec, gdy temat okazuje się niewygodny. Jak wczoraj na przykład:
- Całkiem dobre te pyzy.
- Dobłe, tylko gochąche. - odpowiada z pełną buzią i polikami w kształcie pingpongów.

Więc czekam, aż domieli do końca i przełknie, zanim zapytam o coś, co mi nie daje spokojnie  spać od trzech dni:
- Jutro macie wigilię w klasie. Będziesz musiała się ładnie ubrać. - Jeśli ktoś Oliśki nie zna i ma zwykłą małą córeczkę, nawet sprawy sobie nie zdaje, że o ubranie można wywołać całe gwiezdne wojny na jednym froncie i wojnę polsko-ruską na drugim.
- A jak to jest "ładnie"?
- Stosownie do okazji.
- Czyli jak?
- W białą bluzkę.
- No way.
- No to w różową, ale z kołnierzykiem.
- No way. - powtarza stanowczo. Wstaje i pokazuje mi, co ma już przygotowane -  czarna bluzka z trykotu z  elastyczną koronką  przy rękawach,  z nadrukiem w trupie czachy i różowe emblematy z lalek w trumnach. No, istny emo-styl w wersji de luxe.

"Naprawdę JA jej to kupiłam? Pogięło mnie???" - przemyka mi przez myśl i aż mną wstrząsa.

- No way - teraz z kolei ja jej odpowiadam.

I tak przez kilka kolejnych sesji bluzkowych szlifujemy ten angielski. Do znudzenia! Nie zaniedbując pyzowego obiadu ani na chwilę, rzecz jasna.
W końcu jednak udaje się zawsze osiągnąć jakiś tam kompromis, w którym to ona dopina swego, a ja jestem już tak umęczona tą jałową dyskusją, że godzę się na większość jej argumentów.  Pójdzie w różowej koszuli w złotą krateczkę, na stójce.

Oliśka w miarę zadowolona, że udało się jej mnie spacyfikować, dodała przy ostatniej pyzie:

- Wiesz, mamo, jesteś czasem jak moja siostra.
- Taka młoda i ładna?
- Nie.  Jesteś dziś nieuczesana i masz sos na rękawie.

Uff...




czwartek, 20 grudnia 2012

Myślałam, że głowę mam raczej otwartą...

... okazuje się, że otwartą może i owszem. Tylko że na przestrzał.

Idę sobie z córcią Oliśką przez nasze cudnie i odświętnie  oświetlone centrum. Tu i ówdzie z okna zwisa czerwono ubrany manekin, co nie uszło uwadze latorośli.

- O, zobacz, Mikołaja wyrzucili za okno - mówi, wskazując palcem.
- Nie wyrzucili, tylko on się tam skrada, do tego mieszkania na piętrze.
- Gdyby się skradał, miałby tę drabinę od samej ziemi. Chyba. Tak sądzę jednak.

No, rację ma! I analityczny umysł.  Moja krew!!!

I pomimo, że Mikołaj został eksmitowany za okno i pewnie marzną mu wrażliwe części ciała, to i tak nie jest mi żal drania. Nie spisał się w tym roku.


________________

Od dziś można śledzić Bombonierkę przez Bloglovin'
Tajemne drzwi do Narnii na prawym pasku.
Marzy mi się jeszcze wtyczka FB, ale to przekracza możliwości mojej głowy, która, jak się okazuje jest otwarta na przestrzał. Więc bez interwencji obcych sił zbrojnych pewnie się nie obejdzie. Ktoś pomoże? HEEELP!!!

środa, 19 grudnia 2012

Tę lalkę w trumnie poproszę

Gdy byłam mała, chciałam znaleźć pod choinką lalkę. Owszem. Marzyłam też o książce, ubraniach i dziewczyńskich gadżetach. Ale Oliśka chce dostać lalkę w trumnie!!!

Idę więc do sklepu i pytam rzeczowo, wskazując paluchem, tak jak mnie kiedyś mama uczyła, że się nie powinno:

- A ta lala w trumnie ile kosztuje?

Pani za ladą wykrzywia minę  i się oburza na tę trumnę.

- Czy jak nazwę inaczej, to czy to pudełko, w które pakowana jest ta lalka, przestanie naśladować trumnę?

A pani wykrzywia się nadal, jakby słowo "trumna" niosło w sobie jakąś klątwę i miało na nią ściągnąć wszystkie plagi tego świata.
No, nie ładnie - myślę sobie - to co wydalają z siebie psy na chodniku wzdłuż mojej ulicy wcale nie przestaje śmierdzieć, gdy się to nazwie kwiatkiem. Tak i ta zabawka-koszmar nie przestanie budzić we mnie odrazy, gdy nazwę ją "Zuzia".

Na szczęście lala w trumnie okazała się wykraczać poza ustalony prezentowy budżet, z przyczyn formalnych wyleciała więc z listy zakupów.



Ale że lalka była ujęta w liście do Mikołaja, postanowiłam więc obejść przeszkodę szerokim łukiem:

- To ja ci laleczkę uszyję, córciu.
- Uszyjesz? Mi? Laleeeeczkę? - zdziwiła się tak, jakbym jej nic w życiu nie uszyła.

A jednak  uszyłam. Może nie laleczkę, a pajacyka. Według własnego projektu i sporym nakładem sił, zważywszy na przeładowany zajęciami grudzień.
Dopracowałam detal:  sporo czasu spędziłam nad łapkami,  doszyłam patkę na zmianę pieluchy, wyhaftowałam minkę, ręcznie wykańczałam. Było co robić. Po dwóch godzinach odetchnęłam zadowolona, że taki mi wyszedł przystojniacha, a uśmiech  dziecka miał wynagrodzić trud.

- Nie, no ładny... może być - pogrążyła mnie Oliśka, a krasnal (nazwany potulnie Bogusiem) pojechał w drugi koniec Polski.












wtorek, 18 grudnia 2012

A co!

Ja tu rozprawiam o wielkim konkursie w NG, a tymczasem stanęłyśmy z Oliśką do rywalizacji  w innym - fotograficznym, organizowanym przez Milkę.

Należało zinterpretować hasło:
"Podziel się swoim słodkim momentem"
w szerokim, jak najszerszym znaczeniu tego sformułowania.

I tu okazałyśmy się jednak nieco ograniczone - bardzo wąsko potraktowałyśmy temat.  Bo dla nas najsłodsza chwila to ta:
- z książką,
- przy kawie (miód znalazł się w kadrze przypadkiem, bo po prostu stał na stole, miał miłą prezencję i ładnie się komponował. No i pasował do hasła),  
- w plenerze (plener nam umknął z kompozycji).

Moment z książką to w zasadzie  najsłodsza chwila dla mnie, bo przecież Oliśka nienawidzi czytania; czyta  pięć stron dziennie - codziennie - i traktuje odgórny matczyny przymus do tej czynności, jakby to była kara. Lubi za to występować w roli słuchacza głośno czytanej lektury.

Wysłałyśmy zdjęcie i udało się zdobyć jedną z sześciu nagród.

Odtąd będziemy paść się milką  przez najbliższy miesiąc. Nie wspominając już o innych apanażach.
A oto zdjęcie, które wysforowało nas na jednego z liderów w tym wyścigu:




I nie powiem nawet, że nie liczyłyśmy się z takim obrotem sprawy. Oczywiście, że miałyśmy nadzieję na wygraną:) Byłybyśmy te, co ryją, gdybyśmy tu próbowały skromnie zaprzeczać.
Pomimo to z kłamanym pąsem i zaskoczeniem gratulacje  chętnie przyjmiemy: w formie słownej, cielesnej (uściśnięcia dłoni) lub papierowej (w formie nieznaczonych biletów Narodowego Banku Polskiego o drobnych nominałach - mogą pochodzić z defraudacji) Wszak życie składa się z małych sukcesów i drobnych przyjemności.




poniedziałek, 17 grudnia 2012

Jest konkurs, są widoki

W tym roku uda mi się zamknąć sprawę zamówień trzy dni przed "final countdown", zdążę więc na czas wysłać paczuszkę z drobiazgami do siostry i doprowadzić mieszkanie do standardów unijnych po tej grudniowej zawierusze.
Dam radę również upiec z Oliśką pierniczki w ilościach hurtowych.
Z prasowaniem, zmianą pościeli, myciem okien i kryształów (przecież nie mamy kryształów!) oraz lepieniem uszek wielkości paznokcia będziemy też gotowe na czas.

Jeśli pozwolą czas i siły, planujemy również z młodzianem odświeżyć nieco naszą wakacyjną przygodę.




Tak, tak...
Znowu będę pisać dla National Geografic... choć teraz w nieco innym charakterze.

Gazeta ogłosiła konkurs na relację z wyprawy. Warunków jest oczywiście kilka:

1) wyprawa miała zaczynać się i kończyć w Polsce,
2) powinna obejmować co najmniej trzy noclegi (płatne, dostępne dla każdego - wykluczone więc noclegi u rodziny),
3) łączny koszt wszystkich wydatków na jedną osobę nie mógł przekroczyć 1500 zł,
4) mile widziane zdjęcia.

Zdaje się, że wszystkie warunki spełniamy z nawiązką, tak więc mocno przywiązaliśmy się do myśli, że znajdziemy się z młodzianem w gronie laureatów. W końcu wypedałowaliśmy sobie jakiś tam sukces - może na miarę bardzo lokalną, ale jednak.



Tak więc skoro tylko Bóg nam się na rodzi i stwierdzimy, że już przybieżeli do Betlejem pasterze, zabieramy się ostro do pracy. Pokażemy konkurencji, jak się robi wyprawy.

Jeśli wygramy, zorganizujemy za wygraną kasę kolejny wyjazd (na celownik weźmiemy tym razem Lubelszczyznę). Jeśli nie, mamy dużo nalewek, aby przy świątecznym stole społem się pocieszać  lub topić w rozpaczy.

Pokibicujecie?

Po-ki-bi-cu-je-cieee?



niedziela, 16 grudnia 2012