Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oglądam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oglądam. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Grey nie powalił

Gdy tylko usłyszałam, że świat filmowy nosi się z zamiarem ekranizacji szalenie popularnej na całym świecie powieści "Pięćdziesiąt twarzy Greya", zaczęłyśmy w dziewczynami spekulować, kogo obsadzą w głównych rolach.
Typów było wiele, choć przyznam, że obstawiałyśmy raczej twarze znane i opatrzone, niż jakieś aktorskie świeżynki.

I myślałam, że jak już zobaczymy tę twarz, tę sylwetkę, te oczy i te ręce, to zmiękną nam kolana, głos się załamie, oczy zajdą mgłą i że nam się cały wachlarz skojarzeń z materacami Ikea hurtowo uruchomi, czy coś.

A tu taaaaki chłoptaś. No błagam...



Książki nie przeczytałam. Nawet nie zamierzam. I z filmem, podejrzewam, też będzie mi nie po drodze. A może zbyt łatwo się uprzedzam. Nie wiem.

__________
Zdjęcie stąd: -----> o, stąd!

czwartek, 8 listopada 2012

Mickiewiczowi już dziękujemy

Gdy wczoraj zobaczyłam to zdjęcie przewijające się w profilach moich znajomych na fejsbuku, przypomniałam sobie, że to już rok... Oczka mi powilgotniały na myśl, że  ten czas tak szybko leci. 
I choć serialu "M jak miałkość" nie oglądam już od jakiś trzydziestu pięciu lat, to za sprawą społecznościowych portali jestem w miarę na bieżąco.





Niedawno mój własny rodzony syn oświadczył, że on  serial "M jak mdłość" ogląda systematycznie i z uwagą.
Mój wszystko-wiedzący-o-filmowym-świecie syn!
Mało tego: mój uczący-się-na-kierunku-kulturoznawczym syn!
I tego również nie dość: mój stały-bywalec-festiwalu-T-mobile-nowe-horyzonty syn!
Zgroza!!!

Na dowód, że nie kłamie, wyrecytował właśnie datę śmierci Hanki Mostowiak i parę jeszcze innych szczegółów z życia bohaterów. Takie tandetne przykłady erudycji prawie nigdy mi nie imponują, więc i w tym przypadku wydało mi się to bardzo podpadające. Bo, że młodzian wyrafinowane kino skandynawskie oraz takież samo dalekowschodnie pilnie śledzi i jest jego koneserem, wiem nie od dziś, ale żeby zaraz "M jak mglistość"?!  Takowoż  w zażyłość pana syna z Mostowiakami  za  bardzo nie uwierzyłam. Mrugnęłam mu jednym okiem na znak, że złapałam ten żart i z błyskotliwością typową dla Kasi Cichopek - sexy-mamy skonstatowałam:.

- Ok, datę śmierci Hanki znasz i to robi na mnie wrażenie, przyznaję. A datę śmierci Mickiewicza?
- Mickiewicza?!?! On tam nie grał! - odparł młodzian.
Śmiałam się przez cały wieczór. Rośnie mi nowy mistrz ciętej riposty. 

I tak oto żegnam się z Wami dziś
Nieutulona w żalu
Maryla Wereszczakówna








piątek, 7 września 2012

Ja VS Przeznaczenie

Obejrzałam wczoraj film* w telewizji.
Tak, JA obejrzałam! 
Tak, w TELEWIZJI!!!

Może na jakość odbioru tego filmu spuśćmy kurtynę milczenia, bo oglądając cokolwiek z częstotliwością raz na miesiąc nie przykładam się do tego tematu od strony technicznej zupełnie.  Niemniej jednak treść i przesłanie do mnie trafiły.

Film należał do gatunku, które nazywam mianem "instruktażowe". 

Pani się zakochuje w panu. Pan się szybko nudzi panią i chciałby ją odstawić na boczny tor. Ale ona tak bardzo go kocha, że nie poddaje się coraz wyraźniejszym sugestiom, że z miłością powinna dać sobie spokój.  W związku z tym pan przybiera coraz to drastyczniejsze formy zniechęcania jej do siebie. Nie przebiera w środkach, ani innych kobietach. Upokorzenie goni upokorzenie, a pan znajduje w tym coraz większą przyjemność. Niestety (dla niego) i na szczęście (dla niej) los bywa sprawiedliwy, bo pan ulega wypadkowi, a odtrącona kobieta postanawia się swym dotychczasowym oprawcą solidnie "zaopiekować". Pieczołowicie wykonuje swoje pielęgniarskie czynności i nie szczędzi sobie przy tym możliwości zadawania mu bólu w odwecie, i to na wszelkie możliwe sposoby - korzystając naturalnie z niemożliwości wyrażenia jakiegokolwiek sprzeciwu  przez podopiecznego. 

Czyli zemsta na całego. I byłby to prawdziwy film instruktażowy, gdybym rzeczywiście znajdowała przyjemność  w zemście, gdyby rzeczywiście przynosiło mi to ukojenie i w jakiś sposób było to w stanie mi zadośćuczynić doznane krzywdy. Na szczęście to nie mój charakter (bo w tej kwestii to są  ze mnie raczej takie ciepłe kluchy)  i  określenia "instruktażowy" dla tego obrazu używam jedynie 
z przymrużeniem oka.

Nie daje mi jednak spokoju i każe mi się zatrzymać na dłużej myśl wyrażona przez bohatera (ofiarę tej wyrafinowanej zemsty). A brzmiała ona mniej więcej tak:
"Ona  musi mnie przecież kochać, w przeciwnym razie nie męczyłaby mnie tak. Nie zadawałaby sobie tyle trudu, aby zniszczyć człowieka, na którym by jej nie zależało".

I postanowiłam sobie, że uczepię się tej myśli. Bo to, że ten rok mnie tak ciężko i na tylu polach jednocześnie doświadcza, może oznaczać tylko jedno:  losowi na mnie zależy. Ma co do mnie jakiś plan. Nie złamałabym palca, nie zaliczyłabym tych wszystkich cielesnych i emocjonalnych upadków, gdyby nie miało to służyć CZEMUŚ.  Muszę być chyba jakimś cholernym vipem dla naszej opatrzności, skoro się tak nadgorliwie za mnie zabrała.

(I jestem w stanie na te doświadczenia naprawdę przymknąć oko, choć na eksperymenty ze zmianą wizerunku jest mi się coraz trudniej zgodzić. Bo co mi chce powiedzieć opatrzność, to już mniej więcej na podstawie powyższego czaję. Ale co mi chce powiedzieć grawitacja???!!! Taka mnie wątpliwość nachodzi, gdy patrzę w lustro. Ale to tylko dygresja taka:)

Brnę więc dalej w tę wybujałą nadinterpretację i przenoszę ten fakt z zagadnień egzystencjalnych  na rzeczy pospolite.  Na taki dzień dzisiejszy, dajmy na to. Nawet tu poddawana jestem próbie...

Wraca Oliśka ze szkoły i oznajmia autorytatywnie:

- Mamo, na urodziny chciałabym dostać plakat Justina Bibera. Obiecałaś... - ostatnie słowo podkreśliła dodatkowo trzepotem malutkich rzęs i ustawieniem stóp palcami do wewnątrz. 
Jakie to melodramatyczne - pomyślałam sobie i wybuchłam:  
- A bój ty się boga, dziewczyno! Co ty z tym Biberem zamierzasz zrobić? - głos mi się złamał, bo na mnie nazwisko tego "artysty" działa co najmniej tak, jak woda święcona na naszego wikariusza.
- Powieszę przy łóżku - zawisło między nami.

Ja jestem  naprawdę wyrozumiałą matką, jak się postaram. Sama zaskakiwałam niejednokrotnie rodziców zwariowanymi pomysłami, a oni wiele z tych zachcianek cierpliwie zaspokajali. I jestem gotowa córeczce wszystko kupić - każdy plakat lub każdą widokówkę. Z Johnym Deepem, Harrym Potterem czy kim tam chce. Ale dlaczego akurat z Biberem? Dlaczego taki cios po tych wszystkich wykładach, że to zła muzyka, obciach i w ogóle wieś? 

Ale nie musiałam nic chyba mówić. Już sama mina musiała wystarczyć, bo usłyszałam od małej:

- Mi każesz zrezygnować z Bibera, a sama powiesiłaś sobie pana Stefanka.  


No, choleeeeera jaaaaasna!
Mój pan Stefanek nad łóżkiem jej się nie podoba.  Wychowujesz tu dziecko i nie wiesz nawet, że żmiję na własnej piersi chowasz. Intrygi pod moim Stefankiem kopać po cichu będzie i sprawiedliwością społeczną uzasadniać konieczność zameldowania nam pod dachem Bibera!
Gdybym nie czuła w tym momencie, że to tylko przez to, jaka ważna jestem dla continuum, wyprowadziłaby mnie tym wyrzutem z równowagi.  A tak - musiałam się opanować. Choć cały czas nie mogę dojść do siebie:)

No, pan Stefanek jej się nie podoba??? Nie wiem, dlaczego?!











___________
* "Gorzkie gody" Romana Polańskiego


piątek, 29 czerwca 2012

Zanim wejdę na wojenną ścieżkę...

Taki tytuł posta to stąd, że jeszcze dziś wybieram się do naszej biblioteki na seans "W ciemności" i  ponieważ własnie skończyłam fascynującą i przerażającą jednocześnie opowieść o oblężeniu Leningradu w 1942 r.  Ta druga wywarła na mnie niemałe wrażenie, a i po filmie spodziewam się małych wstrząsów w moim mózgu; pewnie o tym wszystkim wspomnę w następnych wpisach. Może obydwie opowieści uda mi się sprowadzić do jakieś wspólnego mianownika. Sama jestem ciekawa tego doświadczenia.

Dzisiaj jednak zaczęły się wakacje. Obrazu wojennych zgliszcz w mieniu i umyśle nie będę w niczyjej wyobraźni przywoływać. Dziś zaczyna się beztroska, lenistwo i folgowanie. Przynajmniej dla niektórych.

Dlatego dziś ważko, co w moim mniemaniu, wcale nie znaczy nieciekawie.



Na ten teledysk natknęłam się na początku 2009 roku, kiedy klip miał jeszcze niespełna 10000 odsłon. Dziś (w momencie, gdy to piszę) ma ich prawie 23 miliony. Ta liczba robi wrażenie.
Od początku porwała mnie lekkość i niekonwencjonalność  zarówno muzyki, jak i samego filmu.
Zachęcam, aby go obejrzeć do końca.




Film został nakręcony metodą poklatkową,  przy użyciu niewielkich środków, z zaangażowaniem  nieprzerośniętej ekipy artystów. Zdjęcia trwały 48 godzin. Po emisji klipu w internecie ekipa rozpoczęła maraton  festiwalowych pokazów różnej maści. Liczba i różnorodność nagród, jakie twórcy otrzymali w ciągu następnych lat, przyprawia o zawrót głowy. Teledysk uhonorowany został również na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Animowanych w Poznaniu w 2010 r., co mnie szczególnie z niezrozumiałych dla mnie samej powodów ucieszyło.

Szczegóły zza kulis obejrzeć można  tutaj.  Po obejrzeniu tego materiału nie wiem, co jest bardziej interesujące: sam teledysk, czy historia jego powstawania.

Szczególnie ujęła mnie inicjatywa, na którą wpadli sami artyści - z ponad 2000 zdjęć zrobili ofertę sprzedażową. Na stronie można zakupić więc unikatowe (bo każdą fotografię można zakupić tylko raz) ujęcie z planu. Marzę sobie, że może kiedyś jedno z nich zawiśnie na ścianie nad moja kanapą. A w piętrzeniu przed sobą marzeń jestem przecież stachanowską przodowniczką:)


Arrivederci...






czwartek, 28 czerwca 2012

Gubię się w gąszczu


- Mamo, a czy ty lubisz kino koncepcyjne? - padło pytanie od młodziana na ostatniej rowerowej wycieczce z udziałem moim i syna kinomana. Najeżyłam się, spodziewając się jakiegoś pseudofilozoficznego pitu-pitu.
- Chodzi Ci o takie, w którym jest mało akcji, a dużo obrazu; mało dialogów, ale dużo dźwięku? - odpowiedziałam sprytnie (jak mi się wydawało, według tego co  mi podpowiada intuicja).
- No, miej więcej...
- Czyli Wim Wenders mniej albo więcej? - odparłam mając na myśli  "Paris, Texas" albo "Lisbon story", które według schematycznego rysopisu pasowałyby mi idealnie.
- Z tym Wendersem to ty uważaj. - skonstatował młodzian, który w tym samym momencie miał w głowie "Szkarłatną literę" i "Niebo nad Berlinem". 

Tak więc wyszło na to, że intuicja to za mało, aby się wykazać, a zaległości w kinowej edukacji względem pana syna spore. Oj, spore! No i czas działa na moją niekorzyść. No i... dalej nie wiem, co to jest kino koncepcyjne. Ktoś wie?

Całe życie dziwiłam się, że młodzieży tak potrzebne są etykietki. Rzucają nazwami trendów, wśród których owo "kino koncepcyjne" należy do tych najprostszych, najbardziej swojsko brzmiących. W dziedzinie muzyki padają zaś takie określenia, których nawet nie odważę się cytować. A dla mnie jest wszystko proste. Stosuję nazewnictwo uproszczone rozpinające się pomiędzy "podoba-mi-się" a "nie-podoba-mi-się".
I żyję sobie spokojnie w pojęciowej ignorancji i braku szacunku dla wszelkich systematyk:)

A poniżej zupełnie bezstylowe i nie-trendy anioły i serca, które popełniłam wczoraj na kolanie.










czwartek, 10 maja 2012

Podróż na wschód - wpis zamawiany


Zafascynowana filmem "Truskawkowe wino" zrealizowanym według prozy Andrzeja Stasiuka decyduję o celu najbliższej wyprawy: wschód Polski. Skromny budżet pomaga w podjęciu decyzji o miejscu zakotwiczenia na tych kilka dni - sanockie mieszkanie mojej gościnnej siostry.

Już następnego dnia po przyjeździe wyruszamy na poszukiwania "stasiukowych" klimatów. Przejeżdżając drogą z Sanoka do Uluczy napotykamy na uśpioną, skąpaną w kolorach miejscowość. Mrzygłód  kiedyś był miasteczkiem, odbywały się tu targi, urokliwy ryneczek był centrum kulturalnego i gospodarczego życia całej okolicy. Dziś snują się tu leniwe koty, przed domami plotkują uwieszone na płotach staruszki, a młodzi mężczyźni dyskutują na techniczne tematy, pochyleni nad otwartą maską samochodu, który z racji stanu ocenianego gołym okiem nie ma już prawa jeździć o własnych siłach.
Gdy Stasiuk pisał swoje opowiadania, na pewno siedział przed apteką na jednym z kinowych foteli, pamiętających ubiegłą epokę. A nasza tu obecność z pewnością wzbudza  niebywałą sensację i czuję, że przez tę senną chwilę wysuwamy się na czoło towarzyskich plotek, przebijając nawet nieodległy ślub brytyjskiej pary książęcej* i beatyfikację papieża Polaka. Taka myśl przyjemnie  łechce nieskutecznie tłumioną od dzieciństwa matczynym upominaniem próżność.







Do Uluczy dojeżdżamy przed wieczorem. W miejscu, które umownie można  nazwać parkingiem, ktoś ustawił drogowskaz "Cerkiew 300 m" ze strzałką skierowaną ukosem do góry. Rozpoczynamy więc  wspinaczkę. Gdyby strzałka ustawiona była pionowo w gorę, nie byłoby w tym wielkiej przesady. Przeurocza budowla wzniesiona jest na niebotycznie stromym wzgórzu. Ale karkołomna wędrówka nie jest daremna. Wszystko tu zachwyca i odbiera siłę w nogach. Bukowy las kipiący budzącą się do życia zielenią. Drewno wysycone środkami do jego impregnacji. (Uwielbiam ten zapach...)  Zachodzące słońce i całkowita, przejmująca cisza. W takim miejscu można się zatracić i naprawdę dotknąć nieba. Nawet ja, zadeklarowana od dawna ateistka, zaczynam w takim momencie powątpiewać w swoją niewiarę.





Nazajutrz zgodnie stwierdzamy, że wrażeń ciągle nam jeszcze  mało. Myśl o dalszym zwiedzaniu obracamy na językach jak słodką landrynkę. Po krótkiej dyskusji wybór pada na Zagórz. Kierunek: z Sanoka do Leska. I choć miejscowość na pozór zniechęca do postoju, warto zaparkować auto na placu w pobliżu kościoła i wyruszyć  polną drogą w kierunku opuszczonego klasztoru. Budynek można wypatrzyć z drogi, choć widząc go z daleka w żaden sposób nie można nawet domyślać się, jakie niespodzianki szykuje dla dociekliwych piechurów. Po drodze oglądamy i dotykamy ustawioną wzdłuż drogi kolekcję prac rzeźbiarza, który ma tu swoją pracownię. Artysta cierpliwie i z entuzjazmem opowiada o swoim zajęciu. Prezentuje części ołtarza, który właśnie powstaje i opowiada o witrażach, które projektuje. Pozwala dotykać narzędzi i pogładzić drewno. Cudowne wrażenie. Z uśmiechem wysyła nas w dalszą drogę. Klasztor czeka...



Po drodze mijamy kolejne gospodarstwa. Nie jest ich wiele. Może trzy lub cztery. Ale ma się wrażenie, że w każdym mieszkają artyści. Przy jednym zachwyca balustrada w wyciętymi w deskach sylwetkami ludzi, przy drugim wyplecione kosze z wierzby, które nadal rosną. Przy kolejnym wiszą obrazy na drzwiach stodoły. Stwórca (jeśli istnieje) nie jest zbyt sprawiedliwy, tak nierównomiernie rozkładając talenty między ludzi. W tym pięknym miejscu myślę o swoich regionach jak o artystycznej pustyni.







Po dłuższej chwili dochodzimy do klasztoru. Do dziś pozostały jedynie zewnętrzne ściany. Nie ma dachu, nie ma wyposażenia. Zachwycają za to zachowane w doskonałym stanie freski i echo. W tej całkowitej ciszy nawet szept odbija się od ścian zwielokrotniony do granic obłędu. Zaskakuje napis "Leszek N., Grzesiek, 26.05.99" na wysokości parunastu metrów nad ziemią. Aż wolę sobie nie wyobrażać, na jakie niebezpieczeństwo musieli się narażać entuzjaści zaznaczania swojej bytności w takich miejscach. Ale o wandalach szkoda myśleć dłużej niż parę sekund. Warto za to pozwolić oczom przesmykiwać się po ocalałych detalach architektonicznym i dorysowywać w wyobraźni całość wnętrza z czasów największej świetności. Moja wyobraźnia doznaje w takich momentach obłędu i wystawia na szwank reputację mojego zdrowego rozsądku.





Po takich dniach, jakie tu spędzamy już któryś rok z kolei, nie można zasnąć spokojnie. Człowiek nasiąka widokami, kolorami i zapachami, a potem przez całe miesiące nie może odparować. Na pewno wrócimy tu w kolejnym roku i będziemy tworzyć barwny patchwork z następnych niezapomnianych wrażeń. I z pewnością uważniej przeczytamy kolejne pisarskie ekwilibrystyki Andrzeja Stasiuka.

_____________
* podróż odbyła się na przełomie kwietnia i maja 2011 r.

środa, 14 marca 2012

Mam mózg zabity dechami



Od roku mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie biblioteki miejskiej. Książek nie wypożyczam, te lubię mieć własne. Ale filmy owszem. Przy wyborze filmów zdaję się na gust pracowników filmoteki, polecenia znajomych albo daję się uwieść ładnej szatce (okładce) lub znanym nazwiskom na "liście płac".

Nie buduję własnych rankingów popularności reżyserów, pierwszoplanowych aktorów, operatorów ani krajów pochodzenia. Zanim takowe preferencje w mojej głowie powstaną, staram się oglądać różnorodne dzieła światowej kinematografii, eksperymentując w ten sposób z procesem filmowej edukacji na własnym organizmie. Przy czym (porównując swoje doświadczenia z doświadczeniami mojego dorastającego syna w tym zakresie) jest to na razie edukacja wczesnoszkolna.




Obejrzałam  sobie właśnie film*. O Niemcach. O Niemcach hitlerowskich. A jakże!
Obraz  opowiada historię rodziny w konfiguracji 2+2 czyli wdzięcznej na tyle, że można za jednym zamachem zestawić zróżnicowane charaktery, poglądy i punkty widzenia, a to wszystko po to, aby opowieść była interesująca w  typowo komercyjny sposób. Bo tak chyba łatwo jest...

Kino kontrastów.

Czasy wojny. Ojciec rodu zostaje awansowany i w nagrodę za wybitne osiągnięcia daje mu się możliwość objęcia stanowiska szefa obozu koncentracyjnego (pewnie gdzieś na terenie Polski, bo ma być daleko od Berlina) - to kolor czarny w filmie.

Sukces ojca nie będzie pełny, gdy rodzina nie wesprze go swoją obecnością i entuzjastyczną aprobatą. W końcu w rodzinie siła! - kolorowy akcent. Rodzina oczywiście jest nieświadoma  tego, czym się tatuś zajmuje, lub nawet jeśli jest, na razie nie widzi w tym niczego złego.

W którymś momencie filmu akcent uwagi przenosi się na małego chłopca - następny kolorowy akcent - który ma osiem lat, jest zwykłym dzieckiem, lubi się bawić, nie przepada za szkołą, stroni od lektur, łamie rodzicielskie zakazy. Zwykły mały chłopiec, ot...

Chłopiec jest niezwykle kochany przez rodziców. Dodatkowo jest bardzo kruchy i delikatny. Wzrusza widza ta miłość i opieka nad nim dookoła. (znowu kolor)

Dziecko nawiązuje znajomość z innym dzieckiem, swoim rówieśnikiem,  więźniem obozu koncentracyjnego, którym zawiaduje ojciec. (znowu czerń)

Przyjaźń jest trudna, ograniczona drutem kolczastym i innymi niedogodnościami. Ale dzieci, jak to dzieci, pokonają bariery, które dorosłych powstrzymają przed jakimkolwiek ruchem.  I tak sobie biegnie ten film, a widz (a już ja w szczególności) daję się reżyserowi prowadzić  ze swoimi nastrojami po górach i dolinach radości i oburzenia jak pies na postronku.

I daję się tak wieść aż do ostatniej sceny, gdy mały Niemiec, którego już przecież (co ludzkie) zdążyłam obdarzyć szczerą sympatią, ląduje przez przypadek w komorze gazowej wraz z kilkudziesięcioma Żydami. Za chwilę udusi się pewnie w trujących oparach wraz z pozostałymi. Sceny rozciągają się jakby były z gumy. Słyszę   pulsowanie własnej krwi w uszach - to z emocji i strachu - czy ojciec, który pędzi przez las, aby uratować syna, dobiegnie na czas czy też nie. Zapominam, że ta mała śmierć to być może jest za karę. Takie wyrównanie rachunków ukazane z punktu widzenia jednej rodziny.



I tu znowu dochodzę do wniosku. Nawet kilku wniosków. Że jestem typem detalisty. Że wzrusza mnie konkretne nieszczęście, do którego dano mi okazję osobiście się ustosunkować. Że prawdziwe jest twierdzenie, że "jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka"**.  I że łatwo dajemy sobą manipulować  zatracając obiektywny ogląd świata, który powinien być odporny na naciski ze strony pojedynczych wzruszających historii. Nie nadawałabym się na sędziego w procesach norymberskich, ani żadnych innych procesach z własnego podwórka. Tak bardzo mam miękki charakter i mózg zabity dechami, któremu trudno pracować w systemie wielozmianowym.

___________


* Film ma tytuł "Chłopiec w pasiastej piżamce". Rok  2008. Produkcja USA, Wielka Brytania
** Erich Maria Remarque - "Czarny obelisk"











środa, 7 marca 2012

Nie taki wilk straszny

W niedzielę obraliśmy azymut na Muzeum Współczesne. Przybytek ten jawił się w mojej ograniczonej doświadczeniami z dzieciństwa wyobraźni, jako zbiór  niezrozumiałych dla nikogo obrazów zapełnionych układem kolorowych plam (no, może zrozumiałych jedynie dla krytyków sztuki).

A tu, Proszę Państwa, baaardzo miła niespodzianka. W nowocześnie zaaranżowanych wnętrzach budynku wyglądającego z zewnątrz na jakiś elewator albo bunkier, na pięciu piętrach rozłożyła się multimedialna ekspozycja sztuki przez różnorakie "S" stworzonej dla ludzi, nie dla krytyków. Przy czym sztukę tę się w tym obiekcie konsumuje. I to dosłownie. Każdym zmysłem, bo to muzeum multimedialne. Wystawę odróżnia od innych również to, że  kustosze nie straszą powagą, a szyldy nie krzyczą treścią "NIE DOTYKAĆ EKSPONATÓW!". Wypada zaśmiać się gromko i głośno skomentować, bez obawy, że dźwięk odbije się echem od ścian. Spokojnie. Jesteś tu, widzu, pożądanym elementem ekspozycji.





W muzeum tym panuje wręcz odwrotna reguła. Tu prosi się, aby dotykać. Zakładać słuchawki. Wchodzić do pudełka. Rozetrzeć talk w palcach. Wymazać sobie twarz w indiańskie wzory. Poprzestawiać, poprzesuwać, podciągnąć, podwiesić, zdjąć, wywrócić na lewą stronę, przewiesić w inne miejsce, odwrócić kolejność. Nie bez powodu organizator ekspozycji pisze w swoich materiałach reklamowych, że to muzeum samoobsługowe.

Jeśli ktoś jeszcze nie był, nie widział, nie słyszał itd., to ja serdecznie i z całego serca polecam. Można iść z dzieckiem (w każdym wieku) i dorosłym (w różnym stadium rozwoju intelektualnego, demencji lub niczym nieposkromionego uniesienia  duchowego). Nikt się nie znudzi. Oswoi w  sobie demona, jakim jest sztuka nowoczesna. Pogodzi w sobie role odbiorcy, krytyka i współtwórcy tejże sztuki. I wyjdzie z cudownym błogim poczuciem, że pokazał dzieciom (i sobie!) kawałek niezrozumiałego świata zastrzeżonego niesłusznie dla istot "wyższych" kulturalnie.

Należy tylko zapakować do plecaka większą ilość kanapek, aby po pięciu godzinach oglądactwa, dotykactwa i wsłuchiwactwa nie wygonił nikogo głód, tak jak było to z nami.

Na dowód kilka fotek:

















piątek, 2 marca 2012

Mężczyzna na lotni jest taki samotny

Ortofonista - jest pewien problem z tym słowem (nawet w chwili, gdy piszę ten post, edytor podkreśla mi słowa na czerwono - cały post w czerwonych podkreśleniach). Wyszukiwarki (google)  podają odniesienia do  stron włoskich lub francuskich, portugalskich lub amerykańskich, w których naprzemiennie pojawiają się swojsko brzmiące określenia "disciplina paramidica", "terapeuta de lenguaje", "rehabilitacion de los problemas de la vos". No, jesteśmy w domu. Gdzieś odnalazłam tłumaczenie, że ortofonista to inaczej logopeda. To nieprawda!
W którymś odniesieniu umieszczono również wzmiankę o współpracy z ortofonistą króla Jerzego VI  (ta historia jest mi znana bliżej dzięki filmowej opowieści  "Jak zostać królem".

Aż się wierzyć nie chce, że żaden polski słownik ani publikacja nie przewidują takiego pojęcia, problemu, zawodu. Sugeruje to, że ludzie z uszkodzeniami  mowy (aparatu mowy) pozostawieni są w  naszym kraju przypadkowym lekarzom od spraw różnych i bliżej nieokreślonych, skoro nie kształci się u nas specjalistów z tej dziedziny.

A to buszowanie po internecie to stąd, że obejrzałam właśnie film "Motyl i skafander", film - biografię Jeana Dominique Bauby'ego, naczelnego redaktora "Elle" w latach dziewięćdziesiątych. Jean był człowiekiem młodym, pełnym energii i apetytu na życie. Niespodziewanie doznał udaru mózgu, w wyniku czego jego ciało zostało całkowicie sparaliżowane - wszystko poza umysłem, pamięcią i powieką. Za pomocą tej właśnie powieki i we współpracy z rzeczonym ortofonistą wypracował sposób porozumiewania się ze światem.

Ortofonistka (młoda kobieta) z anielską cierpliwością powtarzała alfabet ułożony z liter według częstotliwości ich występowania, pacjent mrugał powieką wskazując litery, jakie składały się na słowa i zdania, które chciał przekazać. To powtarzanie to taka muzyka obecna w całym filmie. Metoda okazuje się na tyle skuteczna, że Jean postanawia podyktować książkę złożoną ze wspomnień, refleksji i planów, których pewnie nie uda się spełnić, lecz człowiek nie istnieje tylko w przeszłości i teraźniejszości. Musi mieć jakieś nowe horyzonty do przekraczania. Bohater ma tego świadomość.

Cieszę się, że trafiłam na ten film (nieświeży już przecież). Cieszę się z paru powodów. Po pierwsze ma kilka  polskich akcentów. Zdjęcia robił Janusz Kamiński - i tu wielki ukłon. Tak głęboki jak głęboki jest Rów Mariański. Część ujęć pokazuje pole i ostrość widzenia samego poszkodowanego - twarze lekarzy, odwiedzających go osób - z jakością zależną od samopoczucia i kondycji chorego. To ciekawe. Scena zamykania się pola widzenia podczas zaszywania jednej  powieki widzianej w procesie, i to od środka, chyba na zawsze już pozostanie mi w pamięci. Ale zabieg ten (taki typ ujęć) zastosowano w rozsądnej proporcji - tak żeby widza nie zmęczyć.

Drugi polski element to jedna z głównych bohaterek (odtwarzana przez Emmanuelle Seigner), która polską aktorką nie jest, ale przez fakt jej związku z Romanem Polańskim chętnie ją sobie adoptowaliśmy na swoją.

No! Ja lubię, jak w tak dobrym filmie jest coś, co się wywodzi z naszych ulic.

Cieszę się również z tego powodu, że film nie został zrobiony przez amerykanów. To kino na wskroś europejskie. Nie zostało spłaszczone, wygładzone, ocenzurowane przez specjalistów od dobrego samopoczucia widza, który w założeniu owych i całej swojej naturze chętniej wysłuchuje (tu: ogląda) opowieści z happy endem.  Chory, pomimo tego, że ciało mu nie funkcjonuje, nie zatraca swojego charakteru. Na widok kobiet w myślach używa określenia "jaka ona piękna", gapi się z apetytem na ich dekolty i odkryte kolana, nadal myśli o seksie. Ma poczucie humoru i groteskowości sytuacji w jakiej się znalazł.

Nie będzie (nie jest!) więc to film pozytywnie odbierany przez wielbicieli hollywoodzkiego kina  typu "true story" z pozytywnym zakończeniem.  Nie ma szczęśliwego zakończenia.

Jest jednak kino dobre, w świetnym guście,  z pięknymi obrazami, muzyką, szumem liter i multiwitaminą, która robi nam dobrze, choć wcale dobrze nie smakuje.