czwartek, 15 marca 2012

Sadzimy lawendę - część I

Ponieważ wiele osób pyta - radio odpowiada. Zastrzegam jednakże na wstępie, że kolejne rozdziały będą stanowiły  wypadkową pomiędzy tym, co podaje literatura drukowana (którą w dużej ilości posiadam) i internetowa oraz tym, co podpowiadają mi własne kilkuletnie doświadczenia w obchodzeniu się z materią. Doświadczenia te są w dużej mierze intuicyjne, niepoparte wiedzą zdobywaną w długotrwałym okresie szkolnej edukacji. Odebrałam wykształcenie politechniczne, nie zaś ogrodnicze. Proszę mi więc wybaczyć elementarne braki w fachowym słownictwie oraz znajomości tematu od strony ogrodniczych i botanicznych  arkanów wiedzy.

Rzecz traktować będzie o lawendzie, ale żeby Was nie zamęczyć, podzielimy pracę na etapy.




Lawenda wąskolistna (lavandula angustifolia)- roślina zielna z rodziny roślin jasnotowatych, występuje w ponad 40 gatunkach. Nazwa rośliny pochodzi od łacińskiego lavo, lavare - co oznacza myć się, kąpać. Nic dziwnego. Dzięki świeżemu i czystemu zapachowi była ulubionym dodatkiem do kąpieli, stosowanym przez Greków i Rzymian.

Jej naturalne środowisko, to znaczy takie, w którym występuje w stanie dzikim, to basen Morza Śródziemnego  - Włochy, Francja, Hiszpania, kraj północnej Afryki. Przez człowieka została przeniesiona i jest z powodzeniem uprawiana w wielu innych kraja, w których do niedawna nie była znana. Wiadomo mi o prężnie działających farmach lawendowych w Kalifornii i innych południowych stanach USA, Australii, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii. Również w Polsce sadzi się ją i zbiera obfity plon. Pod Krakowem i Poznaniem  istnieją wielkopowierzchniowe gospodarstwa, w których uprawia się rośliny z przeznaczeniem na susz i produkcję olejków eterycznych. W wielu innych miejscach powstały również mniejsze plantacje, w tym moja.


Garść praktycznych porad.

Podłoże:
musi być lekkie, przepuszczalne, wskazane piaszczyste lub nawet kamieniste, zasadowe. Część ziemi, którą zagospodarowałam pod uprawę właśnie taka jest. Tam rośliny są dorodne, krzewy ładnie się rozrastają. Na żyźniejszym kawałku, gdzie ziemia jest ciężka, mniej przepuszczalna, rośliny są wyraźnie mniejsze, częściej przemarzają. Chyba nie czują się tam najlepiej.
Chcąc mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku przy zakładaniu plantacji, ja swoją ziemię nawiozłam nawozem. To duży błąd. W naturze lawenda rośnie na pustkowiach, ugorowatych płaszczyznach i czuje się tam dobrze. Nie należy więc być zbytnio nadgorliwym w tym zakresie. Do dobrego wzrostu roślin wystarczy nasza sympatia dla tej rośliny, zaangażowanie w pracę i pozytywne nastawienie. To ostatnie wzrasta w tempie geometrycznym na przełomie czerwca i lipca, gdy pole zmienia barwę z zielonej na fioletową.
Teren może być otwarty, lawenda nie boi się wiatru. Jest odporna również na mróz (w Prowansji również są zimy!). Oczywiście w przetrwaniu surowej zimy pomaga śnieżna pierzyna. A podczas 20-stopniowych mrozów wymarzają czasem nawet nasze rodzime gatunki. Nie ma się więc co stresować, jeśli kilka krzaków po zimie trzeba wyrzucić i dosadzić nowe.
Lawenda "chodzi na baterie słoneczne". Ona wręcz słońce uwielbia. Nie sadźmy jej więc w cieniu drzew i budynków, a odwdzięczy się kulą kolorowych, niezwykle aromatycznych kwiatów.



Uprawa w donicach:
u mnie się nie sprawdziła. Prawdziwe wydaje się twierdzenie, przeczytane tu i ówdzie w literaturze, że lawenda głęboko puszcza korzenie i   we wszelkich zbiornikach, które mogą ją w zapędach do nurkowania w głąb ziemi ograniczyć, nie czuje się dobrze.  Być może w pierwszym roku rośliny, gdy nie jest ona jeszcze dorodna, może nas zwieść chwilowe powodzenie.  Nie liczmy jednak na to, że tak będzie wiecznie. Donice trudniej również ochronić przed zamarznięciem. Zwłaszcza, gdy jest ich więcej. Zamarznięta na kość roślina nie wyda kwiatów latem następnego roku. Nie ma się co czarować.

Sadzonki czy nasiona?
Zdecydowanie polecam to pierwsze. Na kwiaty z posianych roślin poczekamy o rok więcej. A niewygórowana cena sadzonek nie jest argumentem, który miałby nas narażać na tak długi czas oczekiwania.  Sadzonki można kupić (ja to robię w mojej zaufanej i sprawdzonej firmie szkółkarskiej) lub wyhodować z dorosłej rośliny. W tej drugiej metodzie mam również swoje sukcesy, jednakże wymaga to dodatkowej pracy, którą chętnie bym wykonywała, gdybym utrzymywała się jedynie z hodowli. Ponieważ dzień jest wiecznie dla mnie zbyt krótki, idę w tej kwestii na łatwiznę.
Współpraca z jednym zaufanym dostawcą sadzonek daje również tę gwarancję, że zawsze otrzymamy rośliny tej odmiany, która najbardziej nas interesuje, mając na uwadze fakt, że  różne odmiany mogą mieć różne przeznaczenie.


W następnych rozdziałach tych subiektywnych porad opowiem od odmianach, ich cechach, wadach i zaletach, przeznaczeniu i sposobie obróbki kwiatów. Jest to dobry moment, aby zgłosić pomysły i pytania co do tego, jakie jeszcze informacje powinny się tu znaleźć.

środa, 14 marca 2012

Mam mózg zabity dechami



Od roku mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie biblioteki miejskiej. Książek nie wypożyczam, te lubię mieć własne. Ale filmy owszem. Przy wyborze filmów zdaję się na gust pracowników filmoteki, polecenia znajomych albo daję się uwieść ładnej szatce (okładce) lub znanym nazwiskom na "liście płac".

Nie buduję własnych rankingów popularności reżyserów, pierwszoplanowych aktorów, operatorów ani krajów pochodzenia. Zanim takowe preferencje w mojej głowie powstaną, staram się oglądać różnorodne dzieła światowej kinematografii, eksperymentując w ten sposób z procesem filmowej edukacji na własnym organizmie. Przy czym (porównując swoje doświadczenia z doświadczeniami mojego dorastającego syna w tym zakresie) jest to na razie edukacja wczesnoszkolna.




Obejrzałam  sobie właśnie film*. O Niemcach. O Niemcach hitlerowskich. A jakże!
Obraz  opowiada historię rodziny w konfiguracji 2+2 czyli wdzięcznej na tyle, że można za jednym zamachem zestawić zróżnicowane charaktery, poglądy i punkty widzenia, a to wszystko po to, aby opowieść była interesująca w  typowo komercyjny sposób. Bo tak chyba łatwo jest...

Kino kontrastów.

Czasy wojny. Ojciec rodu zostaje awansowany i w nagrodę za wybitne osiągnięcia daje mu się możliwość objęcia stanowiska szefa obozu koncentracyjnego (pewnie gdzieś na terenie Polski, bo ma być daleko od Berlina) - to kolor czarny w filmie.

Sukces ojca nie będzie pełny, gdy rodzina nie wesprze go swoją obecnością i entuzjastyczną aprobatą. W końcu w rodzinie siła! - kolorowy akcent. Rodzina oczywiście jest nieświadoma  tego, czym się tatuś zajmuje, lub nawet jeśli jest, na razie nie widzi w tym niczego złego.

W którymś momencie filmu akcent uwagi przenosi się na małego chłopca - następny kolorowy akcent - który ma osiem lat, jest zwykłym dzieckiem, lubi się bawić, nie przepada za szkołą, stroni od lektur, łamie rodzicielskie zakazy. Zwykły mały chłopiec, ot...

Chłopiec jest niezwykle kochany przez rodziców. Dodatkowo jest bardzo kruchy i delikatny. Wzrusza widza ta miłość i opieka nad nim dookoła. (znowu kolor)

Dziecko nawiązuje znajomość z innym dzieckiem, swoim rówieśnikiem,  więźniem obozu koncentracyjnego, którym zawiaduje ojciec. (znowu czerń)

Przyjaźń jest trudna, ograniczona drutem kolczastym i innymi niedogodnościami. Ale dzieci, jak to dzieci, pokonają bariery, które dorosłych powstrzymają przed jakimkolwiek ruchem.  I tak sobie biegnie ten film, a widz (a już ja w szczególności) daję się reżyserowi prowadzić  ze swoimi nastrojami po górach i dolinach radości i oburzenia jak pies na postronku.

I daję się tak wieść aż do ostatniej sceny, gdy mały Niemiec, którego już przecież (co ludzkie) zdążyłam obdarzyć szczerą sympatią, ląduje przez przypadek w komorze gazowej wraz z kilkudziesięcioma Żydami. Za chwilę udusi się pewnie w trujących oparach wraz z pozostałymi. Sceny rozciągają się jakby były z gumy. Słyszę   pulsowanie własnej krwi w uszach - to z emocji i strachu - czy ojciec, który pędzi przez las, aby uratować syna, dobiegnie na czas czy też nie. Zapominam, że ta mała śmierć to być może jest za karę. Takie wyrównanie rachunków ukazane z punktu widzenia jednej rodziny.



I tu znowu dochodzę do wniosku. Nawet kilku wniosków. Że jestem typem detalisty. Że wzrusza mnie konkretne nieszczęście, do którego dano mi okazję osobiście się ustosunkować. Że prawdziwe jest twierdzenie, że "jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka"**.  I że łatwo dajemy sobą manipulować  zatracając obiektywny ogląd świata, który powinien być odporny na naciski ze strony pojedynczych wzruszających historii. Nie nadawałabym się na sędziego w procesach norymberskich, ani żadnych innych procesach z własnego podwórka. Tak bardzo mam miękki charakter i mózg zabity dechami, któremu trudno pracować w systemie wielozmianowym.

___________


* Film ma tytuł "Chłopiec w pasiastej piżamce". Rok  2008. Produkcja USA, Wielka Brytania
** Erich Maria Remarque - "Czarny obelisk"











wtorek, 13 marca 2012

Z lawendą w roli głownej

A to wszystko dlatego, że ja lawendę uwielbiam w każdej postaci, o każdej porze roku i na każdą okazję.



Obydwa komplety do kupienia w sklepie.

poniedziałek, 12 marca 2012

Stek bzdur, stos stereotypów i kłopoty z deszczem





Od rana nic tylko szarość, wilgoć i mgła. Mgła, wilgoć i szarość, i tak w kółko. Moje podwórko z błockiem po kolana, z zagrzybiałymi ścianami, z mini ogródkiem straszącym gołą ziemią i tabunami zamokniętych kotów ocierających się o  brudne samochody, mogłoby służyć za scenografię do horroru. I to bez charakteryzacji.

Tak jest już od tygodnia. Nawet jeśli na chwilę wyjdzie słońce, to i tak za moment przesłonią go ciężkie chmury. To nie wróży nic dobrego. Żadnej obietnicy doświetlającego spaceru.




Wieczorami doświetlam się więc halogenową żarówką, czytając "Najlepsze opowiadania Ms Sweeney's" pod redakcją Dave'a Eggersa, tom I.
Tomiszcze, jak informuje autor w przedmowie, zawiera zbiór opowiadań różnych autorów, odrzuconych z druku w poczytnych literackich periodykach amerykańskich o tematyce literackiej. Fakt ich odrzucenia przez wydawców, zdaniem Eggersa, nie umniejsza ich wartości. Postanowiłam uwierzyć temu panu i oddać w jego ręce (i gusta) kilka swoich wieczorów.






Opowieści rzeczywiście są różnorakie. I pod względem jakości, i stylu, i treści.  Przedstawiają dzieje minione i teraźniejsze,  opisują stosunki damsko-męskie, damsko-damskie, męsko-męskie, o różnym stopniu spowinowacenia, zawodowej zależności, zaprzyjaźnienia, wzajemnej niechęci, a nawet dominacji. Ciekawy jest ten koktajl ludzkich przemyśleń, uprzedzeń i skłonności do tworzenia reguł z wydarzeń, które dopiero wkradają się w czyjeś życie.  Kolorytu i pikanterii dodaje zróżnicowany język. Ten zbiór jawi mi się więc jak barwny patchwork poskładany z niedokładnie przyciętych i niekoniecznie pasujących do siebie skrawków jakiejś materii. Bardzo lubię patchworki.


Jakiś cytat na zachętę? 
Może o tym, jak nas (czyli kobiety) widzą mężczyźni...

"Faceci są ostatecznie po prostu facetami, a dziewczyna to czasami tylko gest bladego przegubu, nagły ruch biodra czy garść czarnych włosów opadających na piegowate czoło. Nie chodzi mi o to, że dziewczyny naprawdę są tylko tym. Chodzi mi o to, że czasami wydają się tylko tym, a wszystkie te drobiazgi (pieprzyk, pąs na twarzy) to haczyki, czekające, by cię wyrwać z wody.  (...) Jasne, jasne,  wszystkie kobiety mają też  kulisy. Pokrętne jak labirynt, z wieloma pokojami, jasne, jasne. Ale przychodzisz obejrzeć przedstawienie - i tyle."  

No, to tyle chcą w nas widzieć panowie, jak się wydaje po przeczytaniu lektury. Ładną witrynę z rzędem słodyczy w szklanych słojach, ze świetlistym neonem "Open 24 hour" i napisem naniesionym sprayem "Wyprzedaż, ceny symboliczne".  Mam nadzieję, że ta myśl odpadnie ze mnie do jutra, jak zawilgotniały tynk ze ściany naprzeciwko:)

Obraza pobrzmiewająca w tej części wpisu jest oczywiście udawana i mocno pędzona sterydami. Moje rezerwuary poczucia humoru i dystansu do radykalnych poglądów są w lepszej kondycji niż powyższy komentarz mógłby na to wskazywać. Fragment wydał mi się jednak ciekawy. Zarówno z powodu tego, że tak nas widzą mężczyźni w rzeczywistości (nie obrażając tych panów, którzy jednak - w przypływie swojej niepoczytalności - po korytarzach naszej duszy mają ochotę się czasem pokręcić). I to nie jest żaden stereotyp, a prawa natury w najczystszej postaci. Oraz z powodu takiego, że same na siebie ten bat kręcimy, skrupulatnie i z premedytacją. Z lubością kryjemy się w stertach koronek i szyfonów, ogłaszając każde  swoje nadejście stukotem szpilek po bruku i trzepotem wyczernionych rzęs. Ot co, same robimy to przedstawienie. Dla swojej i cudzej przyjemności.

I obyśmy nie ustały w biegu... bo nastanie długa era lodowcowa. A panom z nudów i niedoboru emocji będą przychodzić do głowy kolejne prawa fizyki, aksjomaty w matematyce  i prawidłowości z innych jeszcze dziedzin wiedzy, przez co trzeba będzie drukować wciąż to  nowe podręczniki.

I tym oto feministycznym*  akcentem żegnam się z Wami  w ten zgniły poniedziałek. Jutro będzie przecież  nowy dzień.



*akcent może okazać się jednocześnie akcentem antyfeministycznym. Zależy jak na to spojrzeć.



niedziela, 11 marca 2012

Wielki błękit


W palecie kolorów barwę niebieską dzielą od ulubionych przeze mnie gorących tonów jakieś lata świetlne. Stoi ona w dokładnej opozycji do tego, czego się mój organizm na przełomie zimy i wiosny domaga. To jednak niesie taki błękit dla mnie szczególny ładunek - ciężki od wakacyjnych wspomnień albo nadzieję na to, co z prawdopodobieństwem równym jeden już za kilka tygodni w przyrodzie nastąpi.






W szyciu też niebiesko. Poduszki stanowiły próbę obłaskawienia i ukobiecenia tego  męskiego  koloru. Może się udało. W końcu poduszki trafiły w dziewczęce ręce.




piątek, 9 marca 2012

Dzień statystyki



Wiecie, że dziś jest taki właśnie dzień? Że niby statystyce poświęcony?
Włączam codziennie rano trójkę i daję się ponieść tej "okazyjnej" paranoi. Dzień kota, dzień kobiet, dzień statystyki...
Ale to trochę taki mój dzień. Tak trochę. Nawet bardziej niż trochę. Bo ja od czasów, których moja pamięć niestety nie obejmuje, mam obsesję liczenia wszystkiego. Obsesja ta przybiera szczególnie drastyczne formy, gdy podejmuję się wykonania hurtowego zlecenia. To znaczy mam tu na uwadze takie zamówienia, które obejmują wykonanie jednego rodzaju wyrobu w ilości np. tysiąca sztuk. To już jest jakaś liczba, którą można sobie przeliczać wzdłuż i w poprzek. Robię więc (dajmy na to) woreczki z lawendą i liczę w myśli (lub co gorsza głośno), że wykonałam jednego dnia trzysta sztuk, z czego zajęło mi to pięć godzin.  W miedzyczasie oczywiście kilka razy się pomylę, więc liczę od początku. Nie ma miejsca na błąd, chociażby statystyczny, gdy dusza czuje się wewnętrznie zaniepokojona, czyli osiąga stan, który mój dawny wykładowca  analizy matematycznej ze studiów zwykł opisowo nazywać: "No i teraz mamy klasyczny przykład związku prostytucji z muzyką. Coś tu k**wa nie gra." A no nie gra, trzeba się skupić i policzyć od nowa. 

Największą swoją perwersyjną przyjemność upatruję w wyliczaniu procentów, ile zlecenia już za mną, ile przede mną. Ile czasu powinno mi jeszcze owo zlecenie zająć itd. Możliwości jest sporo, a mózg dokonuje tym większych matematycznych ekwilibrystyk, im bardziej monotonne jest zajęcie.

Teraz robię na przykład to:
Zamawiam mydła serduszkowe, liczę...


Tnę organdynę, liczę... tnę wstążkę, liczę... szyję woreczki z organdyny, liczę...


Pakuję, liczę...  wiążę, liczę...  przycinam, liczę..., pakuję w karton, liczę... i tak tysiąc  razy!
W sumie to ja mam nawet gorzej, niż ta teściowa z anegdoty, bo ona na nóż nadziewała się zaledwie trzynaście razy. Chyba że są inne wersje, o których nie wiem.



Konkludując... chyba nie jestem typem hurtownika. Wolę wolniej, a detalicznie. Choć cieszę się, że takie zlecenia również są. A jakże!

A co do swojej osoby... mam nadzieję, że jednak pomimo pewnych odchyleń, w pozostałych dziedzinach życia nie odbiegam statystycznie od normy i nie jestem błędem matematycznym. A przynajmniej w jednej kwestii jestem statystyczna do bólu: "Nic się nie da zmienić: statystycznie wypada jedna śmierć na jednego człowieka". (Krzysztof Mętrak)

czwartek, 8 marca 2012

Kobieto kochana...




nie bój się chodzenia po morzu 

nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas





środa, 7 marca 2012

Witamin! Nie chleba...

Na parapecie posiana rzeżucha, na termometrze plus, na podwórku dzieci bez czapek kopią piłkę, ciężarne kotki grzeją swoje brzuchy na dachach samochodów, a te nieciężarne wdzięczą się do potencjalnych ojców swojego przyszłego potomstwa. Sąsiadki nie gonią do domu z zakupami, byle szybciej. Zatrzymują się. Plotkują. W lodówce coraz częściej rzodkiewki i szczypiorek, a coraz rzadziej wędzonka. Chętniej sięgam po owocowe napary, do słoja wędruje zimowobrzmiąca dla podniebienia herbata-grzaniec.

Gdy zima się kończy i w ciągu dnia przybywa słońca na tyle, że temperatura zmienia się z minusa na plus, zieleni jeszcze nie ma, ale w nosie kręcą się już pomruki aromatu wilgotnej ziemi, mój mózg szaleje  i zamienia się w siatkę dyfrakcyjną i detektor kolorów w jednym. Ze szczególnym ukierunkowaniem na kolor żółty!
Czyżby niedobór witamin i światła?

Chodzę więc po mieście i łowię łapczywie wzrokiem bukiety tulipanów u kwiaciarek na rynku, krokusy na trawniku. Siatkówka oka czuje się mile połechtana napotykając nawet na żółte elewacje. Gdy się słońce odbija w tym kolorze, jakby multiplikuje wyemitowaną energię.  Podoba mi się to.




Skoro tak się głowa tej barwy domaga, postanowiłam spełnić jej wyrafinowaną zachciankę.

Materiał: bawełna o grubym wyraźnym splocie płóciennym. Nadruk: w białe, czerwone i pomarańczowe kwiaty. Zastosowanie: wszystko. Byle więcej. Byle żółciej. 




Potem przyszedł jeszcze czas na welurowe poduchy. Może już nie tak bardzo wiosenne. Chyba raczej bardziej toskańskie, letnie, popołudniowe, rozleniwione upałem. 


A jakby temu folgowaniu nie było dość, rozprawiłam się  z tkaniną  w "misiowe" okienka. No, teraz głowa jest już zadowolona i dosłoneczniona. Można położyć się spać w ciepłej pościeli. To był pracowity dzień. Dobranoc wszystkim:)



Nie taki wilk straszny

W niedzielę obraliśmy azymut na Muzeum Współczesne. Przybytek ten jawił się w mojej ograniczonej doświadczeniami z dzieciństwa wyobraźni, jako zbiór  niezrozumiałych dla nikogo obrazów zapełnionych układem kolorowych plam (no, może zrozumiałych jedynie dla krytyków sztuki).

A tu, Proszę Państwa, baaardzo miła niespodzianka. W nowocześnie zaaranżowanych wnętrzach budynku wyglądającego z zewnątrz na jakiś elewator albo bunkier, na pięciu piętrach rozłożyła się multimedialna ekspozycja sztuki przez różnorakie "S" stworzonej dla ludzi, nie dla krytyków. Przy czym sztukę tę się w tym obiekcie konsumuje. I to dosłownie. Każdym zmysłem, bo to muzeum multimedialne. Wystawę odróżnia od innych również to, że  kustosze nie straszą powagą, a szyldy nie krzyczą treścią "NIE DOTYKAĆ EKSPONATÓW!". Wypada zaśmiać się gromko i głośno skomentować, bez obawy, że dźwięk odbije się echem od ścian. Spokojnie. Jesteś tu, widzu, pożądanym elementem ekspozycji.





W muzeum tym panuje wręcz odwrotna reguła. Tu prosi się, aby dotykać. Zakładać słuchawki. Wchodzić do pudełka. Rozetrzeć talk w palcach. Wymazać sobie twarz w indiańskie wzory. Poprzestawiać, poprzesuwać, podciągnąć, podwiesić, zdjąć, wywrócić na lewą stronę, przewiesić w inne miejsce, odwrócić kolejność. Nie bez powodu organizator ekspozycji pisze w swoich materiałach reklamowych, że to muzeum samoobsługowe.

Jeśli ktoś jeszcze nie był, nie widział, nie słyszał itd., to ja serdecznie i z całego serca polecam. Można iść z dzieckiem (w każdym wieku) i dorosłym (w różnym stadium rozwoju intelektualnego, demencji lub niczym nieposkromionego uniesienia  duchowego). Nikt się nie znudzi. Oswoi w  sobie demona, jakim jest sztuka nowoczesna. Pogodzi w sobie role odbiorcy, krytyka i współtwórcy tejże sztuki. I wyjdzie z cudownym błogim poczuciem, że pokazał dzieciom (i sobie!) kawałek niezrozumiałego świata zastrzeżonego niesłusznie dla istot "wyższych" kulturalnie.

Należy tylko zapakować do plecaka większą ilość kanapek, aby po pięciu godzinach oglądactwa, dotykactwa i wsłuchiwactwa nie wygonił nikogo głód, tak jak było to z nami.

Na dowód kilka fotek:

















piątek, 2 marca 2012

Mężczyzna na lotni jest taki samotny

Ortofonista - jest pewien problem z tym słowem (nawet w chwili, gdy piszę ten post, edytor podkreśla mi słowa na czerwono - cały post w czerwonych podkreśleniach). Wyszukiwarki (google)  podają odniesienia do  stron włoskich lub francuskich, portugalskich lub amerykańskich, w których naprzemiennie pojawiają się swojsko brzmiące określenia "disciplina paramidica", "terapeuta de lenguaje", "rehabilitacion de los problemas de la vos". No, jesteśmy w domu. Gdzieś odnalazłam tłumaczenie, że ortofonista to inaczej logopeda. To nieprawda!
W którymś odniesieniu umieszczono również wzmiankę o współpracy z ortofonistą króla Jerzego VI  (ta historia jest mi znana bliżej dzięki filmowej opowieści  "Jak zostać królem".

Aż się wierzyć nie chce, że żaden polski słownik ani publikacja nie przewidują takiego pojęcia, problemu, zawodu. Sugeruje to, że ludzie z uszkodzeniami  mowy (aparatu mowy) pozostawieni są w  naszym kraju przypadkowym lekarzom od spraw różnych i bliżej nieokreślonych, skoro nie kształci się u nas specjalistów z tej dziedziny.

A to buszowanie po internecie to stąd, że obejrzałam właśnie film "Motyl i skafander", film - biografię Jeana Dominique Bauby'ego, naczelnego redaktora "Elle" w latach dziewięćdziesiątych. Jean był człowiekiem młodym, pełnym energii i apetytu na życie. Niespodziewanie doznał udaru mózgu, w wyniku czego jego ciało zostało całkowicie sparaliżowane - wszystko poza umysłem, pamięcią i powieką. Za pomocą tej właśnie powieki i we współpracy z rzeczonym ortofonistą wypracował sposób porozumiewania się ze światem.

Ortofonistka (młoda kobieta) z anielską cierpliwością powtarzała alfabet ułożony z liter według częstotliwości ich występowania, pacjent mrugał powieką wskazując litery, jakie składały się na słowa i zdania, które chciał przekazać. To powtarzanie to taka muzyka obecna w całym filmie. Metoda okazuje się na tyle skuteczna, że Jean postanawia podyktować książkę złożoną ze wspomnień, refleksji i planów, których pewnie nie uda się spełnić, lecz człowiek nie istnieje tylko w przeszłości i teraźniejszości. Musi mieć jakieś nowe horyzonty do przekraczania. Bohater ma tego świadomość.

Cieszę się, że trafiłam na ten film (nieświeży już przecież). Cieszę się z paru powodów. Po pierwsze ma kilka  polskich akcentów. Zdjęcia robił Janusz Kamiński - i tu wielki ukłon. Tak głęboki jak głęboki jest Rów Mariański. Część ujęć pokazuje pole i ostrość widzenia samego poszkodowanego - twarze lekarzy, odwiedzających go osób - z jakością zależną od samopoczucia i kondycji chorego. To ciekawe. Scena zamykania się pola widzenia podczas zaszywania jednej  powieki widzianej w procesie, i to od środka, chyba na zawsze już pozostanie mi w pamięci. Ale zabieg ten (taki typ ujęć) zastosowano w rozsądnej proporcji - tak żeby widza nie zmęczyć.

Drugi polski element to jedna z głównych bohaterek (odtwarzana przez Emmanuelle Seigner), która polską aktorką nie jest, ale przez fakt jej związku z Romanem Polańskim chętnie ją sobie adoptowaliśmy na swoją.

No! Ja lubię, jak w tak dobrym filmie jest coś, co się wywodzi z naszych ulic.

Cieszę się również z tego powodu, że film nie został zrobiony przez amerykanów. To kino na wskroś europejskie. Nie zostało spłaszczone, wygładzone, ocenzurowane przez specjalistów od dobrego samopoczucia widza, który w założeniu owych i całej swojej naturze chętniej wysłuchuje (tu: ogląda) opowieści z happy endem.  Chory, pomimo tego, że ciało mu nie funkcjonuje, nie zatraca swojego charakteru. Na widok kobiet w myślach używa określenia "jaka ona piękna", gapi się z apetytem na ich dekolty i odkryte kolana, nadal myśli o seksie. Ma poczucie humoru i groteskowości sytuacji w jakiej się znalazł.

Nie będzie (nie jest!) więc to film pozytywnie odbierany przez wielbicieli hollywoodzkiego kina  typu "true story" z pozytywnym zakończeniem.  Nie ma szczęśliwego zakończenia.

Jest jednak kino dobre, w świetnym guście,  z pięknymi obrazami, muzyką, szumem liter i multiwitaminą, która robi nam dobrze, choć wcale dobrze nie smakuje.