poniedziałek, 26 marca 2012
niedziela, 25 marca 2012
Co nas kręci, co nas podnieca...
Pamiętam, jak byłam raz w pewnym miejscu, które w przewodnikach określono mianem "izba regionalna". W rzeczywistości okazała się drewnianą chatynką, z omszałym dachem i grzybem przy fundamencie, zamkniętą na cztery spusty i tylko nieliczni miejscowi wiedzieli, do jakich drzwi należy zapukać, aby sprawująca pieczę nad obiektem starowinka w chustce zechciała otworzyć podwoje.
Po negocjacjach i odrzucanych przeze mnie argumentach, że w chatynce "są same stare rzeczy i tak naprawdę nawet nie warto ich oglądać", udało się wejść do środka.
A wewnątrz zachwyt zupełny. Wiekowe sprzęty i przedmioty o trudnym do odgadnięcia przeznaczeniu, malowane meble, zapleśniała pościel sprzed stu lat, lniane haftowane ręczniki, zdezelowane krosna tkackie naprawiane prowizorycznie sznurkiem, pajęczyna w oknie. Cudo:)
Te zdjęcia tutaj niestety nie pochodzą z wspominanego wyżej miejsca. Ale klimaty podobne. I zachwyt również podobny. Rozczulenie nad rdzą i obłażącą farbą, pęknięciem glazury i dziurą w lnianym worku. Powinnam się chyba leczyć!
Po negocjacjach i odrzucanych przeze mnie argumentach, że w chatynce "są same stare rzeczy i tak naprawdę nawet nie warto ich oglądać", udało się wejść do środka.
A wewnątrz zachwyt zupełny. Wiekowe sprzęty i przedmioty o trudnym do odgadnięcia przeznaczeniu, malowane meble, zapleśniała pościel sprzed stu lat, lniane haftowane ręczniki, zdezelowane krosna tkackie naprawiane prowizorycznie sznurkiem, pajęczyna w oknie. Cudo:)
Te zdjęcia tutaj niestety nie pochodzą z wspominanego wyżej miejsca. Ale klimaty podobne. I zachwyt również podobny. Rozczulenie nad rdzą i obłażącą farbą, pęknięciem glazury i dziurą w lnianym worku. Powinnam się chyba leczyć!
piątek, 23 marca 2012
czwartek, 22 marca 2012
Sprzedam tkaninę
Mam do zaoferowania kilka kuponów tkaniny. Kawałki mają wymiary 1,50 x 1,40 m
Tkanina jest biała, a nadrukowane elementy to nostalgiczne grafiki o tematyce przyrodniczej i napisy. Kolor nadruku beż, brąz, czarny. Materiał jest nowiutki.
Gdyby ktoś był zainteresowany, polecam wycieczkę do sklepu.
Architektoniczne "o jaaa cieeeeę"
Jestem naznaczona genetycznie architekturą. I miłością do niej.
Moi obydwoje rodzice i duża część rodziny w ten czy inny sposób są w architekturę i budownictwo zawodowo zaangażowani. Ja - tylko mentalnie i w zupełnie odmienny sposób. Mnie ta dziedzina interesuje jedynie od strony estetycznej i z rzadka również użytkowej. Zupełnie obojętne mi są techniczne, zawiłe zagadnienia, choć rozumiem pojęcia, które wymienia się przy stole.
Moje upodobania biegną zwykle w kierunku przeciwnym niż powinny biec kierując się rozsądkiem. Siatkówka w moim oku jest najbardziej wrażliwa na odpadający tynk, przebarwienia na elewacji i wypaczone okna. Lubię obiekty niedoskonałe i takie, o których można powiedzieć, że zjada je czas. Przedkładam dziurę w ścianie nad wypieszczoną do bólu elewację z mineralnym tynkiem, omszały murek nad podmurówkę z superdrogiej klinkierówki i odlatujący kit okienny nad czterokomorowe profile z PCV w śnieżnej bieli.
Ale zdarza się, że mijam obiekt nowo postawiony, nowoczesny, niewyszukany i minimalistyczny w formie, na widok którego przystanę i pomyślę "o, jaaaa cię!"
Moi obydwoje rodzice i duża część rodziny w ten czy inny sposób są w architekturę i budownictwo zawodowo zaangażowani. Ja - tylko mentalnie i w zupełnie odmienny sposób. Mnie ta dziedzina interesuje jedynie od strony estetycznej i z rzadka również użytkowej. Zupełnie obojętne mi są techniczne, zawiłe zagadnienia, choć rozumiem pojęcia, które wymienia się przy stole.
Moje upodobania biegną zwykle w kierunku przeciwnym niż powinny biec kierując się rozsądkiem. Siatkówka w moim oku jest najbardziej wrażliwa na odpadający tynk, przebarwienia na elewacji i wypaczone okna. Lubię obiekty niedoskonałe i takie, o których można powiedzieć, że zjada je czas. Przedkładam dziurę w ścianie nad wypieszczoną do bólu elewację z mineralnym tynkiem, omszały murek nad podmurówkę z superdrogiej klinkierówki i odlatujący kit okienny nad czterokomorowe profile z PCV w śnieżnej bieli.
Ale zdarza się, że mijam obiekt nowo postawiony, nowoczesny, niewyszukany i minimalistyczny w formie, na widok którego przystanę i pomyślę "o, jaaaa cię!"
środa, 21 marca 2012
Ziemia pachnie
Ziemia pachnie wilgocią, kwiaty kwitną...
... psy szczekają...
... kury grzebią w ziemi...
Znak, że zaczęła się jedna z czterech moich ulubionych pór roku:)
poniedziałek, 19 marca 2012
Pstrokacizna językowa
Klient poprosił, abym wykonała wzory poduszek w stylu cottage, shabby chic i vintage. Czy jeden mały wyrób może być w stylu vintage? Z tego, co przeczytałam w definicji, to chyba jednak nie. Całe wnętrze - system wieloelementowy owszem, ale mała poduszka? Wątpliwe. I kiedy swojsko brzmiący eklektyzm zmienił się w vintage, styl romantyczny w schabby chic, a sielski w cottage?
Poszukując w internecie inspiracji, żeby jak najdokładniej się w oczekiwania klienta wpasować, zobaczyłam z przestrachem, że określenia stylów stosuje się w naszym kraju dość swobodnie, a nawet (o zgrozo!) zamiennie. Szczytem fantazji twórców w tym temacie jest Allegro. Błądzimy po omacku.
Odreagowując swój poniedziałkowy stres - garść wiosennych, zupełnie bezstylowych saszetek zapachowych. Tandetnie kolorowych. Jako odpowiedź na histeryczny wybuch wiośniany.
niedziela, 18 marca 2012
piątek, 16 marca 2012
Sonata lawendowa na cztery smyczki - czyli sadzimy lawendę cz. II
Oliśka wyjechała na weekend do taty i mieszkanie stało się tak puste, jak puste są toskańskie miasteczka w porze sjesty, gdzie nic się nie dzieje, nie uświadczysz drugiego człowieka i tylko wiatr przegania ulicami zwiędłe ogłoszenia i puste blaszane puszki.
W tle przygrywa mi Atom String Quartet *, na stole dogorywa świeczka z Ikei. Nastrój jest odpowiedni, by kontynuować tyradę o lawendzie. Dziś o gatunkach.
Na swoim poletku uprawiam głównie dwie odmiany:
Lavandula angustifolia Vera i L.a. Munstead.
Tę pierwszą lubię za kolor i giętką łodygę. Kwiaty ma skupione w spójny kłos. Łodygi są długie i grube przy cym nie drewnieją nawet w największe susze. Nadaje się świetnie na wyplatanie pałeczek lawendowych i układanie kompozycji, gdzie z pędami trzeba trochę popracować.
Odmiana munstead pięknie się wybarwia na ciemnopurpurowy kolor. Kłosy są nieco luźniejsze. Z pączków szybko wystrzeliwują pełne kwiaty, co zaletą niestety nie jest. Ze zbiorem tej odmiany trzeba się spieszyć, ponieważ w pełni rozwinięte kwiaty łatwo się obsypują. Zebrane w porę, wysuszone w ukryciu przed słońcem będą cieszyć oko w bukietach.
W kolekcji posiadam również po kilka krzewów z innych odmian:
L. a. Alba - białe kwiaty, które warto posiadać dla zaspokojenia ciekawości. Kwiaty te jednak nie prezentują się ładnie. W porównaniu z gatunkami fioletowymi przedstawiają się jako ich ubodzy krewni.
L.a. "twickle purple" - największe nieporozumienie, jeśli mam być szczera. Kwiaty zakwitają nierównomiernie na krzaku. Często zdarzało mi się, że na jednym krzewie część kłosów jest jeszcze niedojrzała, wówczas gdy pozostała część właśnie przekwita. Przejrzałe kwiatostany nabierają nieładnej brązowawej barwy i szybko się obsypują.
L.a. "Hidcote" - tych krzewów mam naprawdę sporo. Po latach okazuje się, że krzewy się wyradzają, łodygi z roku na rok stają się coraz krótsze. Kompletnie nie nadają się do zbioru. Za to mają piękny, głęboki kolor, jakiego nie mają inne odmiany, pozostawiam je więc na polu, aby nacieszyć oczy. A i pszczoły mają uciechę. Jeśli ktoś spragniony jest koloru w ogrodzie, gorąco polecam, ale jeśli myśli się o suszeniu bukietów, ta odmiana jest zupełnie nietrafiona.
L.a. stoechas - z niej uzyskuje się podobno najbardziej wartościowe olejki eteryczne. Kwiaty tworzą nietypowy jajowaty kłos z wetkniętymi kilkoma długimi płatkami na szczycie. Wyglądają ciekawie, choć u mnie nie przetrwały zimy. A szkoda, bo sadzonki kosztowały niemało. Zaufany pan szkółkarz przekonuje jednak, że hodowla może udać się w głębokich pojemnikach, które powinno się ochraniać na zimę lub chować je do zamkniętych pomieszczeń. Ja na taką zabawę nie mam warunków.
* Popisów Atom String Quartet dane mi było wysłuchać dziś podczas ostatniego w tym roku koncertu organizowanego w ramach Świdnickich Nocy Jazzowych. I choć za jazzem nie przepadam, zwłaszcza za tym granym na serio i z trąbkami, tak dziś był właśnie taki wieczór, kiedy mogłam z powodzeniem powiedzieć: "ależ ja kocham jazz!"
W tle przygrywa mi Atom String Quartet *, na stole dogorywa świeczka z Ikei. Nastrój jest odpowiedni, by kontynuować tyradę o lawendzie. Dziś o gatunkach.
Na swoim poletku uprawiam głównie dwie odmiany:
Lavandula angustifolia Vera i L.a. Munstead.
Tę pierwszą lubię za kolor i giętką łodygę. Kwiaty ma skupione w spójny kłos. Łodygi są długie i grube przy cym nie drewnieją nawet w największe susze. Nadaje się świetnie na wyplatanie pałeczek lawendowych i układanie kompozycji, gdzie z pędami trzeba trochę popracować.
Odmiana munstead pięknie się wybarwia na ciemnopurpurowy kolor. Kłosy są nieco luźniejsze. Z pączków szybko wystrzeliwują pełne kwiaty, co zaletą niestety nie jest. Ze zbiorem tej odmiany trzeba się spieszyć, ponieważ w pełni rozwinięte kwiaty łatwo się obsypują. Zebrane w porę, wysuszone w ukryciu przed słońcem będą cieszyć oko w bukietach.
W kolekcji posiadam również po kilka krzewów z innych odmian:
L. a. Alba - białe kwiaty, które warto posiadać dla zaspokojenia ciekawości. Kwiaty te jednak nie prezentują się ładnie. W porównaniu z gatunkami fioletowymi przedstawiają się jako ich ubodzy krewni.
L.a. "twickle purple" - największe nieporozumienie, jeśli mam być szczera. Kwiaty zakwitają nierównomiernie na krzaku. Często zdarzało mi się, że na jednym krzewie część kłosów jest jeszcze niedojrzała, wówczas gdy pozostała część właśnie przekwita. Przejrzałe kwiatostany nabierają nieładnej brązowawej barwy i szybko się obsypują.
L.a. "Hidcote" - tych krzewów mam naprawdę sporo. Po latach okazuje się, że krzewy się wyradzają, łodygi z roku na rok stają się coraz krótsze. Kompletnie nie nadają się do zbioru. Za to mają piękny, głęboki kolor, jakiego nie mają inne odmiany, pozostawiam je więc na polu, aby nacieszyć oczy. A i pszczoły mają uciechę. Jeśli ktoś spragniony jest koloru w ogrodzie, gorąco polecam, ale jeśli myśli się o suszeniu bukietów, ta odmiana jest zupełnie nietrafiona.
L.a. stoechas - z niej uzyskuje się podobno najbardziej wartościowe olejki eteryczne. Kwiaty tworzą nietypowy jajowaty kłos z wetkniętymi kilkoma długimi płatkami na szczycie. Wyglądają ciekawie, choć u mnie nie przetrwały zimy. A szkoda, bo sadzonki kosztowały niemało. Zaufany pan szkółkarz przekonuje jednak, że hodowla może udać się w głębokich pojemnikach, które powinno się ochraniać na zimę lub chować je do zamkniętych pomieszczeń. Ja na taką zabawę nie mam warunków.
Po bardziej szczegółowe dane odsyłam Was, moi mili do literatury, której na naszym rynku jest niemało. Warto również zaprzyjaźnić się z ogrodnikiem lub szkółkarzem, który najlepiej doradzi, opowie i pokaże.
___________* Popisów Atom String Quartet dane mi było wysłuchać dziś podczas ostatniego w tym roku koncertu organizowanego w ramach Świdnickich Nocy Jazzowych. I choć za jazzem nie przepadam, zwłaszcza za tym granym na serio i z trąbkami, tak dziś był właśnie taki wieczór, kiedy mogłam z powodzeniem powiedzieć: "ależ ja kocham jazz!"
Subskrybuj:
Posty (Atom)