wtorek, 8 maja 2012

Tkaninowy evergreen

Anonimowy, którego witam tu serdecznie, w uwadze pod poprzednim wpisem pisze: "cóż to tak czarno się zrobiło?"  No...  myśl jest przecież wolna , niesubordynowana i wiośnianym nastrojom nie zawsze adekwatnie się poddaje. Czasem błądzi gdzieś przy błocku, nawet gdy na niebie słońce wdzięczy się w pełnej krasie.

Dla porównania - w ostatnich dniach było odwrotnie. Znów niesubordynacja. Na dworze zawierucha, mgła i zimno, a w głowie kwieciście, pogodnie, romantycznie.
Przewrotna natura!


Podobno doskonały ogród bez róż jest ubogi i bez wyrazu. Dla mnie - miłośniczki wnętrz i stylizacji rodem z ubiegłych epok i nie-miejskich klimatów - bez róż nie poradzi sobie również żadne, szanujące się wnętrze. 




Z tą tkaniną pracowałam już nie raz. Czysta bawełna, wyraźny równy splot, zdecydowany deseń. Och, jak ja to uwielbiam!  Szyłam już z niej i poduchy, i nakrycia stołowe,  etui chusteczkowe, zakładki do książek etc. Przeglądając moje archiwum zdjęciowe można by zbudować jej całkiem pokaźne CV.

Urok tej tkaniny trudno podważyć, choć jej obyczajowość pozostawia wiele do życzenia.  Bardzo dobrze czuje się w osamotnieniu, ale nie pogardzi również towarzystwem pasków, kratek i tkanin jednolitych. Ciągnie z ich obecności wszystkie soki, aby na ich tle samolubnie zabłysnąć i z wirtuozerią samego Joshui Bella zagrać pierwsze skrzypce.  Tak więc nieraz to, co w zwoju wygląda bardzo niepozornie, zdaje się szeptać: "nie przechodź obok mnie obojętnie, nie ignoruj, wykorzystaj mój potencjał."  Można jej pozazdrościć takiego zdecydowania.




P.s. Zapomniałam przywitać się z Majową Babcią:) Bardzo mi miło Cię tu gościć. Mam dla Ciebie majowy kwiatek...







piątek, 4 maja 2012

A przedpola Mordoru wyglądają tak

Zapach pleśni, zgniłe błoto, skrzypienie gołych, martwych pni tak przerażające, że  najgorszy krzyk w środku nocy brzmi jak  komunistyczna pieśń obiecująca nowe lepsze jutro.   Rozległe pola wyschniętej trawy kryją pod sobą złowieszcze bagno. Ziemia faluje dookoła przy każdym kroku. 
Wszystko faluje... ale to nie jest uspokajające falowanie. To falowanie mówi, że gdy tylko postawisz tam nogę, to torfowisko cię pochłonie. 
Ot, miły krajobraz na otwarcie wiośnianych klimatów.




Ale człowiek zwariowałby chyba, gdyby nie uczepił się zielonego źdźbła. Choćby było ono jedyne, jedniuteńkie na całym świecie.  Rozgarnia butwiejące liście czubkiem buta i czoło mu jaśnieje, gdy pod ciepłą od rozkładu ściółką ukaże mu się  wiązka nieśmiałych mchów lub nawet brzydkich porostów, których wygląd ustawia je na końcu kolejki w wyścigu po słońce. "To jednak również życie" - myśli sobie człowiek, porównując swoją posturę do aparycji owych porostów, i zastanawiając się, czy aby w tym świecie nie wygląda  zbyt  pretensjonalnie. I czy w swoim zaawansowanym technologicznie ubraniu ochronnym i bezpiecznych butach z goreteksu  nie za bardzo odstaje od koncepcji. Oj, doigramy my się jeszcze...




sobota, 28 kwietnia 2012

Portret pamięciowy

Prawo Webera-Fechnera, o którym uczyłam się kiedyś na fizyce - jeszcze na studiach - mówi, że odpowiednio podany bodziec spowoduje adekwatną reakcję organizmu. Oczywiście samo prawo jest bardziej skomplikowane, wyrażane w szeregu zawiłych wzorów i opatrzone rzędem magicznie brzmiących zmiennych i warunków. Zawiera jednak prawdę łatwą do przełożenia na codzienne bytowanie. 

I tak mój organizm zadziałał zgodnie z zasadą. Bodziec zamknięty był w kruchej postaci mojej siwiutkiej, zjedzonej rodzinnymi nieszczęściami, ale mimo to pogodnej sąsiadki. A ściślej mówiąc w mięsistym przyniesionym przez nią bukiecie działkowych tulipanów.  

Dzięki temu oto wygrzebałam tkaninę, którą od dawna obchodziłam szerokim łukiem, przekładałam z półki na półkę przez ostatnie pół roku. Bo mdła, bo nijaka i bez wyrazu. Chyba musiała poczekać na wiosnę.








piątek, 20 kwietnia 2012

A propos nieba

Już wielokrotnie wspominałam, że świat widzę przez niebieskie okulary. Żadna tajemnica. Wystaje to u mnie z każdego zakamarka. Niby chłodny kolor, niby również mało kobiecy. Jednak w całej gamie - od błękitów i rozwodnionych turkusów, aż po ciężkie wysycone granaty, to zdecydowanie moja domena. Zwłaszcza gdy w powietrzu czuje się już lato.

Turkus niesie w sobie jakąś świeżość i lekkość.  Obojętnie w jakim przedmiocie jest zamknięty, pachnie wakacjami. Toskanią. Prowansją. Chorwacją. Że o greckich wyspach już nie wspomnę.


Wymienione wyżej nacje potrafią robić niezły użytek z wiedzy o tym, jaki wpływ na nasze nastroje ma ten kolor. I jaki wielki ma w sobie magnetyzm. A my, niczego nieświadomi turyści, podróżnicy etc., w najlepszym dla siebie i jednocześnie najgorszym dla tubylców przypadku wycelowujemy w niebieszczące się przedmioty, fatałaszki, okiennice i elewacje obiektywy naszych aparatów i kamer.  
Ale tubylcy na chwilę tylko wstrzymują oddech, bo my koniecznie, ale to naprawdę koniecznie musimy zaraz mieć coś niebieskiego. Coś w kolorze tego nieba, które w tamtych stronach prawie nigdy podczas wakacji nie zawodzi.  Interes ubity, każdy jest zadowolony:)



Ba, chcemy również wąchać i jeść Niebieskie. Ale jeśli już nie zjeść samo Niebieskie, to przynajmniej z niebieskiego naczynia. Jest w tym coś doprawdy mało przyzwoitego.



Dlatego dziś również u mnie się nieco niebieszczy. Pogoda rehabilituje się z rozmachem za zimny początek kwietnia, kiedy to kolor naszego lokalnego nieba można było raczej skojarzyć z pleśnią w serze Lazur, niż śródziemnomorskim błękitem. Bez zażenowania więc pofolgowałam sobie, mając cichą nadzieję, że ktoś podzieli moje sympatie. 





wtorek, 17 kwietnia 2012

Twarde kontra miękkie

Jeśli jest coś, co może zainspirować w tę niemalże listopadową szarugę, to jest to na pewno architektura. Jej detal i ogół. 

Rzeźbiarze, architekci, stolarze. 
Snycerzy, malarze, konstruktorzy. 

Pokonują twardą materię, aby jej kształty dopasować gustów naszych oczu. Obłaskawiają przestrzeń i oswajają surowość tworzywa, z jakim przyszło im pracować. Wyoblają, łamią krawędzie, zmieniają perspektywę. Swobodnie łączą faktury, kształty i surowce. W końcu byli do tego kształceni...









piątek, 13 kwietnia 2012

Show me the place

Cohen śpiewa właśnie w radiu "Show me the place".  Język angielski to nie jest moja specjalność (wolę niemiecki) odczuwam więc tekst bardziej intuicyjnie niż świadomie.  Z  resztą w obecnych czasach można ten język przyswoić sobie niemalże przez osmozę. Obcowanie z nim jest wielopłaszczyznowe i ogólnotkankowe.


Ale cóż można jeszcze powiedzieć (napisać) po Cohenie... Wszystkie słowa bledną, więc może obraz - kilka migawek z mojego miejsca. Tu mieszkam i te zakamarki mijam każdego dnia. Niektóre z nich to perełki sztuki i architektury. Nieprzyjemne  słowa cisną się na usta, gdy się obserwuje ich niszczenie i świadome dewastowanie. Bezmyślne wbijanie gwoździ w zabytkowe, wykonane w zegarmistrzowską precyzją drzwi czasem aż boli.  Innym razem  znowu przeciwnie.  Bardziej dokucza, gdy renowatorzy usuwają kolejne powłoki kolorowych farb z drewnianej stolarki i kutych w metalu koronkowych balustrad, a  odnowione powierzchnie pokrywają beznamiętnym nowiutkim lakierem. Stare duchy dostają nakaz eksmisji.