wtorek, 10 lipca 2012

Opowieści z krypty

Od zeszłej niedzieli wiem, że uwielbiam cmentarze w leniwe niedzielne popołudnia. Pomysł, aby odwiedzić żydowską nekropolię w upalny czas jedynego wolnego dnia, jaki trafia się w ciągu całego tygodnia był cokolwiek kontrowersyjny i niepopularny. Nie mniej jednak przyniósł wytchnienie od uporczywej temperatury, która przestaje być luksusem w betonowej pustyni. Przyniósł też cały koktajl zmysłowych wrażeń, w których dzięki niemal absolutnej ciszy, pierwszą rolę zagrał obraz. 

Gdy pozwolę umysłowi na taki typ osamotnienia od innych bodźców, zachowuje się on jak błona światłoczuła. Zapamiętuje obrazy. Plany ogólne i detale. Światło i cień. Fakturę tworzywa i kunszt wykonania.  Podstawowa wiedza wyczytana w pożyczonym przewodniku pozwala zrozumieć i wyłonić z ogromu zdobień i symboli pewien kod, który wtajemniczonym opowie całą historię na temat osób zamieszkujących Wrocław w ubiegłych okresach. Przechadzam się więc pomiędzy grobami rabinów, nauczycieli i akademickich profesorów, poetów, naukowców, noblistów nawet. Wiem, że pod jednym konkretnym  nagrobkiem leży kobieta, a pod innym mężczyzna; pod następnym osoba zasłużona dla społeczności, a jeszcze następnym taka, która zginęła tragicznie. O wszystkim mówią znaki.

Uświadamiam sobie przy tym, jak małą rolę gra tu człowiek-gość. Przestrzeń całkowicie opanowują rośliny i zwierzęta. Czasem nawet dość niespotykane, jak na ścisłe centrum wielkiego miasta. Nam udało się spotkać dzięcioła zielonego. Pierwszy raz w życiu!

Podoba mi się to. Myślę więc sobie: "doczesność sprawia mi przyjemność" i kładę kamyk na przypadkowo wybranej macewie.

















sobota, 7 lipca 2012

Kolorystyczne déjà vu



Gdyby ktoś mnie zapytał o kolor, z jakim kojarzy mi się Toskania, bez zastanowienia odpowiedziałabym, że  z barwą niebieską. Ale kolor ten bynajmniej nie może czuć się osamotniony, a ze swoją pozycją kolorystycznego przodownika ma podstawy, aby czuć się zagrożonym przez depczący mu po piętach, wszechobecny odcień terakoty. W każdej chwili czuje na plecach jej gorący, wilgotny, pachnący gliną oddech.

To terakota walczy dzielnie, aby królewski błękit zdetronizować. W niektórych miejscach jej się to nawet udaje. Ma nad błękitem tę przewagę, że jest kobieca. Chciałoby się więc rzec, że łagodzi obyczaje. Ale rzeczywiście coś w tym jest, bo nawet zabudowania forteczne, gdy mają kolor terakoty, są jakby nie do końca na serio - to znaczy nie takie groźne, za jakie chciałyby uchodzić.

No i nie przejada się, jak inne kolory. Nadmiar tej barwy nie szkodzi architekturze.  Jest wręcz egoistą i egocentrykiem. Bywają miejsca (patrz Siena), gdzie nawet nie próbuje stawać w szranki o palmę pierwszeństwa z innymi barwami. Tak jest pewny swego.  Jak Ronaldo podczas akcji podbramkowej. Sam jeden. W centrum uwagi. I to na niego spływa cały splendor.

Monochromatyczne, ceglastoczerwone miasteczka nie męczą oczu. Zapraszają...



Tak więc, gdy wpadła mi w ręce ta tkanina, w mojej głowie obudziły się proste skojarzenia. 
Pomyślałam sobie: "Jestem w Toskanii".




Teraz, oglądając powyższe zdjęcia uaktywnia mi się jeszcze jedno proste skojarzenie - smakowe tym razem. I na pewno niezwiązane z lizaniem terakoty.  

Chcę wina!!! 
Czerwonego!!! 
Wytrawnego!!! 
Choć lampeczkę sączyć w miłym towarzystwie!!! Może być bez kolacji i bez okazji, ot...
A do wina niech zagra  muzyka (klik).







piątek, 6 lipca 2012

Tniemy lawendę

Od czasu do czasu przeglądam statystyki bloga, jakie się nam w Blogspocie oferuje. I tak w ciągu ostatnich dwóch tygodni zdarzyły się wejścia na tę stronę dzięki wpisaniu w okno wyszukiwarki zwrotów: "tniemy lawendę"  (41 razy) oraz "jak ciąć lawendę" (23 razy).

Z błyskotliwością, jakiej zapewne pozazdrościłby mi sam redaktor Wałkuski  (sic!), postanowiłam wyjść naprzeciw tym zapytaniom i opowiedzieć w skrócie o moich w tym zakresie doświadczeniach. Co prawda moja plantacja już nie istnieje, zdążyłam jednak przez te kilka minionych lat poznać zwyczaje tej pięknej rośliny i bynajmniej nie zamierzam tych tajników zabrać do grobu.

Zasady są dwie: pierwsza dotyczy stopnia rozwinięcia kwiatów. Tniemy pędy, na których dopiero zaczynają "pękać pączki". Zanim lawenda wyschnie, większość kwiatów zdąży się jeszcze otworzyć. Gdy uda nam się wyczuć ten moment, możemy być pewni, że kwiaty będą pachnieć uwodzicielsko, zachowają piękny kolor (nie zbrązowieją), ani też nie obsypią się w nadmiarze.

Druga zasada dotyczy tego, jak długie pędy ciąć. Albo odwracając pytanie - jak długie końcówki pędów zostawić na krzaku. W tej dziedzinie powołam się na mój niezawodny autorytet - pana szkółkarza, u którego     zaopatrywałam się w sadzonki, a który mawiał, że należy ciąć kwiaty krótko przy ziemi, nawet gdy rozum się buntuje i gdy sumienie woła o litość. Tnijmy te krzewy jak najniżej, formując zgrabne kule, a w następnym roku krzewy odwdzięczą się bujniejszym kwieciem niż dotychczas.
A matematycznie: wystarczy gdy nad ziemię wystają pędy długości 10-15 cm.

Krzewy przycinałam od razu po kwitnieniu. Przy większej ilości krzewów doskonale sprawdza się w tym zadaniu podkaszarka spalinowa  ze sztywnym nożem, ale i zwykły sekator da radę. Tak wczesne cięcie da szansę roślinie na przygotowanie się do zimy i solidne zagojenie się "ran", które zwłaszcza przy zdrewniałych gałązkach mogą być dotkliwe. Literatura podaje, że rośliny można przycinać również wiosną. Osobiście bałam się spróbować i jako takich wiośnianych doświadczeń z cięcia nie zgromadziłam.

Jeśli komuś te informacje w jakiś sposób okażą się pomocne, ten proszony jest zostawić w komentarzu choćby kropkę. Będzie mi przyjemnie; da mi to również sygnał, że podobnymi doświadczeniami warto się dzielić.

Na koniec garść zdjęć z poprzedniego roku na otarcie łez (moich), ale może i Wam będzie przyjemnie.

Dobranoc.

P.s. Zdjęcia "robalowe" są ze specjalną dedykacją dla Vitoosa. Vitoos, ja mam nadzieję, że Ty docenisz to, jak ja się tarzałam w tych krzakach, żeby te owady en face sfotografować.














czwartek, 5 lipca 2012

Zimny prysznic

Gdybym miała lato zamknąć w jakieś symbole, które zimą z pamięci o każdej porze dnia i nocy przywołałabym bezbłędnie, byłyby to dwie rzeczy: tanie perfumy i plastikowa biżuteria.

To pierwsze - zawsze z nutą cytrusów, mięty i skoszonej łąki.  Lekkie, żywe, nienachalne.

To drugie akompaniuje pierwszemu dźwięcznie: pobrzękuje, szumi, szeleści, mieni się zwykle na niebiesko.  Kiwa się na uszach, zaplątuje we włosy, zsuwa się z nadgarstka albo wpada w nieskromnie odsłonięty dekolt. 

Te dwie rzeczy wywołują zawsze w mojej głowie tylko jedno proste skojarzenie: w a k a c j e!!!

A gdy przychodzą wakacje,  dzień się wydłuża. Oliśka u taty, mogę więc krzątać się ze spokojem przy swoich obowiązkach do późnego popołudnia, nie zawracając sobie głowy obiadem. Zjadam w locie miskę jagód ze śmietaną; przez chwilę zastanawiam się, czy je umyć i zabrać im trochę cennego aromatu, czy też zjeść takie po prostu bez mycia, pachnące lasem, ale za to narażając się na połknięcie wraz z nimi jakiegoś wrednego pasożyta. Wygrywa rozsądek, choć przez moment  żałuję decyzji patrząc, jak owoce wykrwawiają się w wodzie.  Ale i tak jest smacznie. Można wracać do roboty. 

A po pracy wanna i książka - drugi duet skojarzeń-nierozłączek, z tą różnicą, że te żyją na okrągło przez cały rok. 




W tej dziedzinie (przynajmniej pod względem tematów powieści) nie było u mnie ostatnio zbyt wakacyjnie. W ciągu dwóch dni pochłonęłam opowieść o wojnie - taki "raport z oblężonego miasta", o którym wspominałam wcześniej.  Przeczytałam "Miasto złodziei"   Davida Benioffa. Gdy kupowałam tę powieść, na tylnej okładce przeczytałam, że autor, oprócz tego, że jest pisarzem, jest również scenarzystą. Ma na koncie scenariusze do "Troi" z Bardem Pittem i filmu "Zostań" z Ivanem McGregorem.  Ale doświadczenia  z powieściami pisanymi przez scenarzystów mogą nieść różny ładunek. Można się naciąć (jak to było u  Nicholasa Evansa, którego każda powieść, jaka nastąpiła po "Zaklinaczu koni", to jakaś pisana pod niewymagającą publiczność  literacka sieczka).  Można też się mile zaskoczyć. 

Jedno o pisarzach scenarzystach można powiedzieć na pewno: potrafią malować scenerię i bieg wydarzeń. Opisy miejsc i sytuacji może nie są szczególnie wnikliwe, nie powalają też świeżością charakterystyki postaci. Za to wydarzenia przesuwają się szybko jak w filmie. Wątki od początku do końca tworzą barwną i ciekawą dla czytelnika mozaikę zawiłości, które w końcowym akcie układają się w jasny i czytelny  emblemat.

Tak było i tym razem.  Gdy wydaje mi się, że o wojnie przeczytałam i obejrzałam już wszystko (wyłączając z tego całe tło faktów, dat i militarnych manewrów, do których nie mam głowy), zawsze natknę się na nowe podejście, pokazujące tragedię z innego punktu widzenia. 

W "Mieście złodziei" podróżujemy wraz z dwójką bohaterów:  młodym żołnierzem, który próbował okraść zwłoki niemieckiego spadochroniarza i studentem - dezerterem. Za obydwa przewinienia w wojennym Leningradzie groziło jedno: śmierć przez rozstrzelanie.  Niejednokrotnie wymiaru sprawiedliwości dokonywano bez sądu, na miejscu popełnienia przestępstwa. Tym razem jednak los dla obydwu młodzianów jest łaskawszy - mogą wyjść cało z obsesji, jeśli tylko uda im się zaspokoić nietypowe zadanie generała NKWD: muszą w ciągu kilku dni zdobyć tuzin jaj na wesele córki generała. Zadanie jest karkołomne, bo właśnie trwa zima, miasto jest oblężone i stale ostrzeliwane, pieniądze przestały być jednostką wymienialną, a życie można stracić  szybciej, niż zdąży się otworzyć usta i wyjaśnić całą sytuację. 

Więcej zdradzać chyba nie powinnam. Czytając to zastanawiałam się, ileż to sposobów na zadawanie cierpienia i upokorzenia można było wymyślić w tej wojnie. Czego jeszcze się dowiem okropnego o niemieckich praktykach? I przywołuję w pamięci wszystkie swoje rozmowy z moim synem, gdy próbuję opowiedzieć mu o trudach życia rodzin w latach osiemdziesiątych. Jest to dla niego tak samo trudne do przyswojenia i wyobrażenia, jak dla mnie okrucieństwo czasów wojennych. Czytam o tym, mimowolnie gromadzę tę wiedzę, ale odtwarzam ją jako coś mało realnego - zbyt wydumanego, aby mogło zrealizować się naprawdę.

Opowieść  bardzo mnie pochłonęła. Czytałam kilkanaście godzin z wypiekami na twarzy. Jedna rzecz jednak nie przypadła mi do gustu. Od pierwszych stron autor dość silnie zaznacza cechy osobowości wszystkich głównych osób uczestniczących w wydarzeniach. I pozostaje temu opisowi tak bardzo wierny, że praktycznie w momencie zawiązywania kolejnego wątku na podstawie tych silnie nakreślonych charakterystyk jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zachowa się każdy z bohaterów w nowej sytuacji.

I choć zdaję sobie sprawę, że w realu to własnie ten niepowtarzalny kod - cały system drobnych szczegółów, cech charakteru, ulotnych min, zapachu, topografii znamion i blizn na skórze, barwy głosu, sposobu budowania zdań i postrzegania świata - powoduje to, że jesteśmy w stanie wyróżnić tę jedną jedyną osobę spośród miliona innych, to w przypadku literatury w bohaterze kochać się nie musimy. Ale chcielibyśmy być przez niego zaskoczeni.


Sam przebieg akcji - kolejność wydarzeń - jest oczywiście dużą niespodzianką, natomiast reakcja chłopaków na to, co im niesie los, przewidywalna do bólu. Ale to jedyny mankament.



Tak oto upływają mi kolejne letnie dni...

                           









wtorek, 3 lipca 2012

Światłocienie


Jak zilustrować wyjazd, z którego przywiozło się pięćset zdjęć? Na czym się skupić? 
Tyle mniej więcej fotek przywieźliśmy z panem synem z wycieczki do Krzeszowa i Chełmska. 

Chełmsko to maleńka wieś na Dolnym Śląsku, która ma wybitne szczęście do ludzi, za to absolutny jego brak do pieniędzy. Kilka lat temu zrealizowano tu fantastyczny spektakl telewizji* z Jandą i Stuhrem w rolach głównych ( można obejrzeć w odcinkach na YouTube, co ja z całych sił polecam uczynić).  W napisach końcowych producent podaje informację, że miejscowość otrzymała sporo pieniędzy na rewitalizację urokliwej starówki. Ale gdy się tam jest, szczerze powątpiewa się w tą  informację.

Za to ludzie otwarci, uśmiechnięci, chętnie opowiadający o realizacji samego spektaklu: gdzie mieszkał sklepikarz, a gdzie był hotel, jak dojść do krzyża. No i właściciel sklepu z artykułami lniarskimi, zapraszający gości do prywatnego ogrodu i deklamujący wiersze własnego autorstwa. To byłby temat na osobną historię.

No a Krzeszów?  Gigantycznych rozmiarów barokowy kompleks kościelny, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie - i pielgrzym, i miłośnik sztuki, i poszukujący spokoju i zadumania. Na pewno warto było się do tej wyprawy lepiej przygotować - poczytać o ściennych malowidłach, rzeźbach i samej architekturze. My tego nie zrobiliśmy. Za to znaleźliśmy tam spektakl światła i cienia.  Większość zdjęć w pionie, bo charakter budowli wymusza taki oglądanie detali. Dysproporcje pomiędzy rozmiarem posągów i wysokością człowieka są porażające. Dysonans wielkości multiplikuje efekt lustra, który uzyskuje się dzięki wypolerowanym kamiennym posadzkom.  Byłam zachwycona:)




























_______________
* "Wizyta starszej pani" Friedricha Durrenmatta, W rolach głównych Krystyna Janda, Jerzy Stuhr, Marian Opania. Rok produkcji 2002. 

niedziela, 1 lipca 2012

Dzisiejszy post sponsorują: kolor żółty i kolor niebieski

Zaczęło się od zwiedzania bazyliki w Krzeszowie. Żółte monumentalne ściany elewacji na błękitnym niebie stanowią zestawienie barw lekkie i ożywcze. W sam raz na taki upał. A potem to już poszło...