sobota, 30 marca 2013

Na święta :)



Wszystkim stałym podczytywaczom, przypadkowym gościom, rodzinie, znajomym, znajomym znajomych, sympatykom i antypatykom, sojusznikom i oponentom, Statystycznym Polkom i Statystycznym Polakom, oraz sobie
życzę
aby te święta były radosne, pełne dziecięcych śmiechów, pachnące drożdżową babą i  serową paschą; 
aby śmieg już przestał padać i zakwitły kwiaty;
i aby  piękniej i częściej ogrzewało nas słońce.


piątek, 29 marca 2013

Słodkości dla gości

Wszędzie, gdzie bym do Was nie zajrzała, tam pisanki i świąteczne dekoracje. 
Ale ja, zanim udekoruję swoje mazurki, upiekę odświętny chleb i pomaluję pisanki, zapracowuję swój stres z powodu, że dzieci poza domem. Niestety...
W zasadzie ten stres zagryzam słodyczami.






P.s.1. Czy do Was też dotarło, dlaczego wiosna nie chce przyjść? Podobno zimie jest u nas tak dobrze, że ani myśli pani wiośnie miejsca ustąpić. Tak powiedział pewien pan w TV. Cham i swołocz - ten wypomadowany mądrala. Choć zima też cham i swołocz.
I choć wiem, że nie zabija się posłańca, który nosi złe wieści, to jednak mam pytanie/prośbę: czy Statystyczna-Polka-Frakcja-Dolnośląska może prosić  jakąś Statystyczną-Polkę-Frakcja-Stołeczna, żeby ta w imieniu tej pierwszej wybrała się do siedziby na Woronicza i przygrzała temu ślicznemu panu z TV między oczy za takie prognozy? Może mu się odechce i, skoro tylko zdejmie z twarzy opatrunek, wygłosi jakieś lepsze wiadomości w sprawie naszej aury.

Z góry dziękuję.

P.s.2. Poszewki dostępne w sklepie na Allegro.

poniedziałek, 25 marca 2013

SP czyni podsumowania życiowe

Odkąd na Statystyczna Polkę z całym dobrodziejstwem inwentarza spłynęła czterdziecha, SP stała sie bardziej sentymentalna i skłonna do życiowych podsumowań. I to wcale nie dlatego, że się SP zabiera z tego świata, choć pewnie co poniektórym byłoby to na rękę.   SP znana jest z tego, że nie idzie na rękę osobom, które jej nacisnęły w życiu na odcisk, a osoby, które w jej zejściu   z tego świata upatrywałyby choć cień radości, za takie są postrzegane.  Nic więc z tego, nie ma co przedwcześnie zacierać rąk. SP rozgościła się i umeblowała w życiu, i zamierza bronić swojej posesji przez kolejne 40 lat.

Ale wracając do podsumowań, dziś natchnęło SP w wannie na rozmyślania nad tym, czy dużo jest w życiu takich rzeczy, których straty  powinna żałować.

I do jakich wniosków dochodzi ona pośród ciepłej kąpieli? Ano takich, że żałuje raczej osób niż rzeczy. A w odniesieniu do tych osób, nie żałuje ich samych, że się na przykład w jej życiu pojawiły, a tego jedynie, że im zawierzyła, choć na to nie zasługiwali lub też że im wybaczała w nieskończoność, z powodów jak wyżej. Przecież z SP nie jest żadna Matka Teresa, żeby tak na każdym kroku i wbrew rozsądkowi oraz wszelkim statystykom wybaczać i wybaczać. Nie rymuje się  ona z Matką Teresą ani aparycją (na szczęście), ani tym bardziej charakterem (niestety).

A co do rzeczy? Czy są takie, których SP żałuje?

Wiele w jej życiu  pojawiło się przedmiotów, z którymi musiała się rozstać. Lecz rzeczy to tylko rzeczy, nie ma co się nad nimi roztkliwiać - tłumaczy sobie, zostawiając w starym domu ulubione pamiątki, z trudem zdobyte przedmioty kolekcjonerskie i wyproszone u znajomych, członków dalszej i bliższej rodziny oraz przypadkowych osób trzecich nietuzinkowe elementy wyposażenia.
Rzeczy to tylko rzeczy -  uspokaja się SP, gdy siedząc na kanapie w pokoju, słyszy, że jej ukochany syn zbił w kuchni jej ukochany wazon, który, aby sobie kupić, musiała zrezygnować z obiadu.

Najtrudniej jej pomyśleć tak lekko i niefrasobliwie o lawendzie, której uprawy wraz ze zmianą  adresu i warunków bytowania musiała zaniechać. Nie miał jej kto więcej pomagać, a i ciągłe dojazdy na plantację sprawiały coraz więcej kłopotu. Gorzka to byla dla niej decyzja. Chyba najbardziej gorzkie ze wszystkich jej rozstań z rzeczami. Ze łzami w sercu (bo przecież nie w oczach) karczowała więc SP wieloletnie krzaki, czując, że każdy wyrywany właśnie krzew to spory kawałek jej serca.  Wiele, bardzo wiele kawałków serca wdeptala SP pomiędzy grudy ziemi w te pogodne październikowe popołudnia. To już nie wróci. Do dziś nie umyła jeszcze tych butów, bo jej szkoda tego błota.

Nie byłaby SP jednak sobą, gdyby roztkliwiała się nad tym tematem zbyt długo. Dumnie podnosi głowę i ociera łzy małym palcem. A gdy już przepędzi tę chmurę, która jej w chwili slabości przyniesie myśl o stracie - czarną jak smoła, znajdzie sobie SP antidotum - małą namiastkę dawnej pasji, którą da się zasadzić na małym areale na trzecim piętrze starej kamienicy.

Ta namiastką jest kolor lawendy. Ubolewa SP, że jej sympatii dla lawendowego aromatu nie podzielają wszyscy.  Wielu ludziom kojarzy się  ze złym czasem, kiedy to w sklepach można było nabyć jedynie ocet, herbatę popularną i lawendowe mydło. Innym zaś kojarzy się z napadami migreny. Jest to więc w Polsce aromat biedy albo bólu. 
A kolor? Wraca do łask - okazuje się. Po latach zapomnienia wkracza do mieszkalnych przestrzeni.

I cieszy się SP jak dziecko, bo kolor ten uwielbia od lat i ma z nim same miłe skojarzenia.

















sobota, 23 marca 2013

Rowerowe aukcje ruszyły

Nadrabiam zaległości. Udało mi sie wreszcie wysłać przesyłki z cukierasami do dziewczyn. Tak więc, moje drogie, z początkiem tygodnia możecie wyglądać listonosza.

Zabieram się też na poważnie za nadawanie kształtu akcji zbierania funduszy na naszą wyprawę. Ruszyły dwie pierwsze aukcje internetowe. W miarę upływu czasu pojawią się kolejne. Jeśli wystarczy mi czasu, środków i pomysłów, postaram się umieszczać tam przedmioty, jakich jeszcze nie było. Póki co jednak - odgrzewane kotlety. Jest jednak okazja, aby nabyć kilka moich prac za grosze, a przy okazji wesprzeć nas w staraniach dotarcia szczęśliwie do celu. Zamościu, strzeż się!!!

Jeśli więc darzycie sympatią Bombonierkę, a przy okazji zbywa Wam parę groszy, będzie mi miło zobaczyć Was wśród licytujących.  Wszystkie licytacje od złotówki.



Link do pierwszej aukcji:
http://allegro.pl/show_item.php?item=3126060197





i do drugiej:
http://allegro.pl/show_item.php?item=3126074675




Jeśli jednak jesteście życzliwi naszemu pomysłowi aż tak bardzo, iż trudno Wam się będzie z tego racjonalnie wytłumaczyć, bo wszyscy będą Wam tłumaczyć, że to nie jest zwyczajne oraz że to da się leczyć, udostępnijcie informację o naszych aukcjach, gdzie tylko możecie. Bardzo proszę i z góry dziękuję :)

Dla przypomnienia dodam, że każdy kilometr naszej trasy będzie kosztował nas około 1,80 zł. Do zebrania mamy więc około 1600 zł. Uda się? Przynajmniej częściowo?
Bez względu na wynik tego wariackiego pomysłu, spotkamy się z Wami na szlaku. Jeśli pozwolą łaskawe anioły, to nawet wypijemy na Wasz koszt chłodne piwo.

Szczegóły przygotowań oraz postępy w treningach, dosprzętowieniu oraz bieraniu funduszy - zawsze w zakładce BREWERE NA FERIE.

Dziecię nie lubi angielskiego. Ostentacyjnie!

- Umyj zęby zanim wyjdziesz do szkoły.
- Po co?
- Trzeba myć zęby rano, zwłaszcza jak się jadło kanapkę ze szczypiorkiem.
- Po co?
- No umyj, bo ci jedzie z japy.
- Mój biznes. Mi jedzie. Nie tobie.
- Jeśli nie umyjesz, zabijesz oddechem panią nauczycielkę.
- W takim razie po angielskim umyję.


piątek, 22 marca 2013

Ciekawy przypadek statystycznej Polki - Beaty N.

Statystyczna Polka dostała w prezencie odżywczą-kurację-do-włosów-z-marokańskim-olejem-arganowym.
Od mamy dostała.   I się cieszy bardzo, bo to drogi kosmetyk, którego pewnie sama by sobie nie nabyła.
Ale Polka wzrastała w okresie tej słuszniejszej Polski, tej, w której się państwo naprawdę kochało, a nie tak jak dziś. I te czasy nauczyły statystyczną Polkę znajdować dla różnych rzeczy zastosowania alternatywne. Stąd, gdy się Polce łóżko wali na głowę sąsiadów, którzy pod nią mieszkają, to SP nie traci równowagi, nie popada w popłoch - ona układa pięć tomów książek pod walące się łóżko i śpi dalej. A jak SP wąż od pralki nie chce się sam z siebie trzymać w wannie i z niej wylata, co grozi zalaniem tych samych sąsiadów i tym, że się SP z odszkodowań nie wypłaci,  to SP też wie, jak sobie z tym poradzić. I zardzewiałą śrubę potrafi taka Polka odrdzewić przy pomocy pepsi, albo w czymś podobnym, a nie, żeby zaraz lecieć do sklepu i wydawać krocie na specjalistyczne specyfiki.

Gdy więc Polka dostaje olej arganowy do włosów, a wie z wiarygodnych źródeł, że olej ów świetny jest na zmarszczki, to sobie SP główkuje, że może tak by go jednak na te zmarszczki.
Wklepuje więc Polka od paru dni ten olej w czoło i pod oczy. Spogląda w lustro i co dzień to bardziej się dziwuje, skąd jej się ta uroda bierze. Bo olej naprawdę działa. Niewiadomo precyzyjnie, czy  działa jej na te zmarszczki na czole, czy też bardziej na te w mózgu, subiektywnie jednak (bo na obiektywne oceny SP gwiżdze, jak to zwykle) Polka stwierdza dużą poprawę. Młodnieje w oczach po prostu.

W związku z tym SP rozglądać się zaczęła za jakimś licealistą, który byłby jej godny. I który nie wyglądałby przy niej zbyt staro. I koniecznie takim, który by potrafił naprawić jej lampę w salonie i przykręcił fruwające listwy przypodłogowe. Bo na nieświecącą lampę SP nie potrafi znaleźć rozwiązania alternatynwego. A o fruwające listwy się kiedyś zabije. Słowo!

czwartek, 21 marca 2013

Przejmuję inicjatywę

W tym kraju nikt nie ceni populistycznych haseł. Na nikim nie robią wrażenia. Nic więc dziwnego, że wiosna się na takie nie sili. Więc jak by kto pytał, ten śnieg za oknem zamiast przebiśniegów, słowiczych treli i słońca mamy z tego powodu, że wszystko oprotestowujemy i krytykujemy. Z zasady i bez zastanowienia.

A ponieważ wiosna obrażona na całego i nic nie wskazuje na to, aby to się miało zmienić, bronię jej honoru jak mogę.







_________

A po poduszki idź do sklepu.


środa, 20 marca 2013

No to zrobiłyśmy sobie porządeczek...

... w końcu święta się zbliżają. Ulegamy więc tej ogólnonarodowej schizie i czyścimy parapety od spodu, na wszelki wypadek, gdyby siostrzyczka sanepidka wpadła i zechciała zrobić test białej rękawiczki.

Póki co jednak, pajęczyny na ścianach trzymają się mocno, a sterta rzeczy do prasowania nie chce mi zrobić niespodzianki, sama się wykonać i poukładać. Za to pracownia zaczyna wyglądać, odkąd mama przeszła na emeryturę i zaczęła wpadać  znienacka, aby mi pomóc przy pracy.

Tak więc posprzątałyśmy szafy z tkaninami. Trochę.
Mama swoją połowę...



... a ja swoją.


wtorek, 19 marca 2013

Paroksyzmy i spazmy

Generalnie nie  wierzę facetom. Mam z tym problem, od kiedy okazało się , że "kocham" nie znaczy "kocham", a ja tylko nadinterpretuję. No i gdy uświadomiono mnie, że "kocham" leży tak blisko od "nienawidzę", że  w zasadzie można kogoś dręczyć bez końca i tłumaczyć, że to z miłości.
Nie ufam również facetom, bo jestem z innej planety, co jest zresztą już naukowo udowodnione.  Mówię innym językiem, inaczej widzę kolory, inaczej interpretuję kierunki i myślę na opak.  Wzajemna niewiara jest więc niejako zjawiskiem fizjo- i psychologicznym. Te różnice powodują, że patrzę w ich kierunku nieufnie i z pewną dozą nieśmiałości.

Ta niewiara zmieniła mnie. A zmiana ta dokonała się we mnie  nawet na poziomie komórkowym. Efektem tego jest, że na wszelki wypadek nie ufam nikomu. Również mojemu klientowi, temu najlepszemu z najlepszych, który ciągle czegoś chce i wymaga, zasypuje mnie mailami  i sprawia, że moje codzienne zawodowe zmagania mają sens. Przez palce więc patrzę na jego próby komplementowania ostatniej dostawy oraz docenienia moich pomysłów. Wszędzie dopatruję się jakichś dziwnych socjotechnik, zapominając, że to nie on chce mi coś sprzedać, a ja jemu. Kończy się potem zwykle na tym, że on tłumaczy się z tego, iż próbował mnie pochwalić, ("Przecież ja NIC  nie mówiłem"), a ja wychodzę na tę, co się czepia ("Bo NIC NIE MÓWIĆ trzeba dobrze, albo wcale.")

Więc nie jest lekko w atmosferze braku zaufania. No, nie jest lekko...
Ale dziś, jakby na przekór, męskie tematy.  Bo pusto było w tym temacie w sklepie ostatnio.








niedziela, 17 marca 2013

Pomiędzy "nigdy więcej" a "ciągle znowu"

Od piątku czytam blog Harriet, bezustannie i w każdej z niewielu wolnych chwil. Spotkanie z nim jest z pozoru przypadkowe, ale ja nie wierzę w takie przypadki. Każde jedno spotkanie w moim życiu, nawet takie, po którym rany liżę do dziś, było po coś. To więc też zapewne jest po coś.
Może nawet po to, abym się sama przed sobą obnażyła.

Bo jakąż ja jestem hipokrytką - tak myślę sobie przy okazji. Niby że pracuję, niby że jestem zajęta - czasem nawet twórczo, niby że czytam krocie, niby że coś tam piszę. Nawet niby że zajmuję się młodszym dzieckiem, a drugim przejmuję się na tyle, że mu pomagam jak mogę. Nie daję sobie na nic czasu i przyjmuję na barki  coraz to   nowe obowiązki. A wszystko to po to, aby oddalić się do smutku, który nieodłącznie od ponad dwóch lat mi towarzyszy.
Niby to więc piszę o kwiatkach, ptaszkach i innych bzdetach, i na amerykańską nutę, gdy ktoś pyta, jak leci, mówię, że całkiem OK. Jestem w tym nawet taka przekonująca, że niemal wszyscy w to wierzą.
Niemal.
Nawet ja sama czasem w to wierzę również. Choć jakoś tak słabiej ostatnio.

Owdowiałam mentalnie. Grzebię pod ziemią żywe osoby, zapalam na tych grobach znicze, zamiast sadzić kwiatki. I codziennie przykrywam nową warstwą ziemi - dla pewności, aby nie powstały. Ale one powstają. Jak zombi w ciemną, mokrą noc. A smutek cuchnący zgniłą ziemią, jak bezwzględny imperator ścina kolejne głowy, nawet te niewinne, które pojawiły się w zasięgu jego klingi przez przypadek. Ale imperator nawet tego nie zauważa. Idzie dalej i nie odwraca się za siebie. Taki  z niego egoistyczny i samowystarczalny sukinsyn.

Jest takie prawo matematyczne, nazywa się je zasadą przechodniości. Lubiłam ją kiedyś, bo rozumiałam jej istotę i potrafilam znaleźć jej zastosowanie. Zakłada ona, że elementy systemu są współzależne od siebie w podobny sposób. Czyli że jeśli A  jest starsze od B, a B jest starsze od C, to wiadomo, że A jest starsze od C.  Z automatu. Bezsprzecznie.

Zasada taka sprawdza się z reguły w życiu, jak wszystko w matematyce. Jeśli więc twój mąż lubi łowić ryby, a ty kochasz męża, to naturalym się staje, że ty również pokochasz ryby, lub polubisz ten fakt, że on  łowi z przyjemnością, albo choćby zaakceptujesz tę pasję, jeśli już jej nie wesprzesz. I to wszystko tylko dlatego, że kochasz.

Ale to, że zasada obowiązuje przeważnie, nie oznacza wcale, że zawsze. Otóż matematycy to nieucy, wałkonie i bencwały. Wszyscy mają elementarne luki w edukacji. Reguła ta bowiem nie sprawdza się w warunkach, gdy kochasz, ale twoje uczucia pozostają zranione. Wtedy wszystkie znane nam wymiary tracą   względną równowagę. Naukowcy nie przewidzieli sytuacji, że rzeczywistość oprócz parametrów, może mieć i uczucia. I wtedy nie podlega już żadnej logice.
Znienawidzisz więc wszystko, co on kocha, dopóki uczucia są na tyle żywe jeszcze, że mogą czuć się pokaleczone. Życzysz mu źle. Naprawdę źle. Nawet, żeby sczezł. I nawet jeśli na co dzień taka nie jesteś.
Bo nie jesteś, prawda?

A potem... Potem wszystko obojętnieje. Mam taką nadzieję przynajmniej. Przychodzi czas, gdy można jeść z jednej miski z przyczajonym tygrysem lub ukrytym smokiem, bez utraty apetytu z powodu ich śmierdzącego oddechu. I znowu trawa staje się zielona. A kwiaty żółte. Jaskrawożółte. Bananowe. Kanarkowe. Słomkowe. Szafranowe.  Złociste. Bursztynowe. Cytrynowe...

Ile lat zajmuje taki proces? I czy kiedykolwiek ma swój finał?
Ile czasu musi upłynąć, zanim wszystkie "już nigdy", "za nic w świecie" i "nie ma głupich, aby..." zamienię na "oby znowu" albo "chciałabym, pomimo że..."?

Albo czy można przeżyć życie lub choćby jego kawałek, tak aby od razu dojść do wniosków, nie zbierając po drodze doświadczeń?
Ktoś wie może?