Pani Grażyna jest dziennikarzem radiowej trójki.
Pani Grażyna dobrą i mądrą jest kobietą, bo opanowała swoje demony (ja swoich nie potrafię) i znajduje w sobie siłę, aby dawać rady słuchaczom.
Jak mają żyć...
Niedawno powiedziała, że każdy ma problemy. I że w zasadzie to nie problemy są, a wyzwania.
I od razu poczułam się lepiej.
Nie mam już problemów.
Mam za to wyzwań w ciul.
Tylko jak im sprostać
i zacząć od czego
mam?
Z problemami było jakoś prościej. Jednak!
wtorek, 30 kwietnia 2013
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Dobre na motto
Przeczytałam gdzieś ostatnio takie zdanie:
"Licho nie śpi... z byle kim."
I jak sobie pomyślę o sobie w kontekście tego cytatu, to nie wiem, czy cieszyć się, czy płakać.
Bo lichu śpi się ze mną koncertowo. Czyli, że jakaś tam nobilitacja jest i pewnie muszę być, kurna (!) dobra w te klocki, skoro od tylu lat licho ani myśli rozstać się z moim wyrkiem. Tylko czy ja je tu zapraszałam? Mać!
___________
P.s. Tekst (w zasadzie tekścik) początkowo wyrzuciłam, jako ten niepoprawny politycznie (bo istnieje takie ryzyko, że przeczyta to moja mama, albo ktoś - no wiecie), ale niech się dzieje. Dla Hanki wraca. I dla tych, którzy dziś tym nagłym zniknięciem poczuli się wpuszczeni w maliny. Bo gdzie maliny o tej porze?...
"Licho nie śpi... z byle kim."
I jak sobie pomyślę o sobie w kontekście tego cytatu, to nie wiem, czy cieszyć się, czy płakać.
Bo lichu śpi się ze mną koncertowo. Czyli, że jakaś tam nobilitacja jest i pewnie muszę być, kurna (!) dobra w te klocki, skoro od tylu lat licho ani myśli rozstać się z moim wyrkiem. Tylko czy ja je tu zapraszałam? Mać!
___________
P.s. Tekst (w zasadzie tekścik) początkowo wyrzuciłam, jako ten niepoprawny politycznie (bo istnieje takie ryzyko, że przeczyta to moja mama, albo ktoś - no wiecie), ale niech się dzieje. Dla Hanki wraca. I dla tych, którzy dziś tym nagłym zniknięciem poczuli się wpuszczeni w maliny. Bo gdzie maliny o tej porze?...
piątek, 26 kwietnia 2013
Ktoś tu pytał, czy ja żyję
Żyję.
Oczywiście, że żyję.
Przetrwalnikuję.
Nie owocuję.
Czytam książki w takich ilościach, która niestety nie świadczy na moją korzyść. Absolutnie!
A przecież zamiast tyle czytać, wolałabym czasem z kimś normalnie porozmawiać.
Jak człowiek!
Oczywiście, że żyję.
Przetrwalnikuję.
Nie owocuję.
Czytam książki w takich ilościach, która niestety nie świadczy na moją korzyść. Absolutnie!
A przecież zamiast tyle czytać, wolałabym czasem z kimś normalnie porozmawiać.
Jak człowiek!
czwartek, 18 kwietnia 2013
Za wcześnie
Za wesoło wcale nie jest
i nawet nie ma o czym gadać.
Życie, Panie, to interes,
do którego się dokłada.
Tak śpiewa właśnie Bukartyk w trójce. Mądrze śpiewa. Lubię gościa.
W jednym miejscu w internecie spytano mnie niedawno o motto. Moje motto. Życiowe!
Takie było miejsce do wypełnienia w ankiecie.
Ale ileż ja mam lat, abym mogła czynić takie podsumowania? Na koncie same porażki, na horyzoncie perspektywy mizerniutkie, choć rokujące. Za wcześnie jednak jeszcze, aby się cieszyć.
Co więc napisać w takiej rubryce? Za dwadzieścia - trzydzieści lat pewnie dorobię się własnego motta, które w jedną klamrę zamknie wszystko, co udało mi się osiągnąć. Ale na razie, póki co...
napisałam...
"Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji".
No bo, czy się ktokolwiek tego spodziewa? Ja na pewno nie!
i nawet nie ma o czym gadać.
Życie, Panie, to interes,
do którego się dokłada.
Tak śpiewa właśnie Bukartyk w trójce. Mądrze śpiewa. Lubię gościa.
W jednym miejscu w internecie spytano mnie niedawno o motto. Moje motto. Życiowe!
Takie było miejsce do wypełnienia w ankiecie.
Ale ileż ja mam lat, abym mogła czynić takie podsumowania? Na koncie same porażki, na horyzoncie perspektywy mizerniutkie, choć rokujące. Za wcześnie jednak jeszcze, aby się cieszyć.
Co więc napisać w takiej rubryce? Za dwadzieścia - trzydzieści lat pewnie dorobię się własnego motta, które w jedną klamrę zamknie wszystko, co udało mi się osiągnąć. Ale na razie, póki co...
napisałam...
"Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji".
No bo, czy się ktokolwiek tego spodziewa? Ja na pewno nie!
wtorek, 16 kwietnia 2013
Oj...
Zniknęłam na chwilę. Przepraszam. Potrzebowałam wyciszenia i czasu, aby pomyśleć i przemeblowac swoją głowę. Dojść do kilku prawd i kilku wniosków. Dojść do porozumienia z prawdą, którą ktoś boleśnie mi wyłożył. Prawdą, która na początku brzmiała jak mglisty paradoks. Dopiero po jakimś czasie stwardniała w żelazną pewność.
I zastanawiałam się, po co spotykamy w życiu takie osoby, skoro w ostatecznym rozrachunku spotkanie z nimi okazuje się być tak bolesne. I doszłam do wniosku, że pewnie po to, aby ten ktoś wytknął nam nasze błędy, których sami nie dostrzegamy. Ktoś obiektywny. Abyśmy podobnych gaf nie popełniali w przyszłości. Czasem potrzebna nam taka nauka. Nawet jeśli to boli.
Właśnie po to!
Do takich wniosków doszłam dziś. I choć do wczoraj jeszcze zła byłam nawet na kwiaty, że kwitną, i że empatii nie ma w nich za grosz, skoro kwitną, gdy mi smutno.
Tak dziś cieszę się, że kwitną pomimo wszystko. I że to jest takie niezmienne.
Przynajmniej po przyrodzie wiadomo, czego można się spodziewać.
I zastanawiałam się, po co spotykamy w życiu takie osoby, skoro w ostatecznym rozrachunku spotkanie z nimi okazuje się być tak bolesne. I doszłam do wniosku, że pewnie po to, aby ten ktoś wytknął nam nasze błędy, których sami nie dostrzegamy. Ktoś obiektywny. Abyśmy podobnych gaf nie popełniali w przyszłości. Czasem potrzebna nam taka nauka. Nawet jeśli to boli.
Właśnie po to!
Do takich wniosków doszłam dziś. I choć do wczoraj jeszcze zła byłam nawet na kwiaty, że kwitną, i że empatii nie ma w nich za grosz, skoro kwitną, gdy mi smutno.
Tak dziś cieszę się, że kwitną pomimo wszystko. I że to jest takie niezmienne.
Przynajmniej po przyrodzie wiadomo, czego można się spodziewać.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Bo...
I wstaje nowy dzień. W dodatku taki, w którym świeci słońce.
I słońce mówi, że można przeżyć. Wszystko.
A ono zawsze WIE....
___________
* Zdjęcie z parku przy Sikorskiego. Tekst na zdjęciu z cytatnika. Prosze mi nie kraść tego zdjęcia :)
środa, 10 kwietnia 2013
...
Żeby osiągnąć cokolwiek, trzeba tego chcieć. Głęboka wiara też się przyda.
Można jednak z tym "chceniem" przesadzić. Można nie tylko chcieć za bardzo, ale też "działać za bardzo".
- tak przyczytałam gdzieś ostanio. Dało do myślenia. Szkoda, że poniewczasie.
wtorek, 9 kwietnia 2013
Wypisz, wymaluj...
Wypisz, wymaluj... o mnie:
Z tą różnicą, że jeszcze dochodzą apaszki. Mam ich ze czterdzieści; żadna do niczego nie pasuje.
No i kolczyki.
Koszmar!
Z tą różnicą, że jeszcze dochodzą apaszki. Mam ich ze czterdzieści; żadna do niczego nie pasuje.
No i kolczyki.
Koszmar!
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Wolno mi trochę ponarzekać?
Wyleciałam przez bandę na kolejnym życiowym zakręcie, trochę sie poobijałam, Oliśka choruje, w zamówieniach obsuwy. Kto (lub co) więc może wzburzone obyczaje załagodzić, jak nie książki.
Naiwnością jednak byłoby sądzić, że one to własnie zrobią. Bo one łagodzą obyczaje - i owszem - ale chyba jedynie Beacie Pawlikowskiej. Ile razy wejdę do Empiku, wysypuje się na mnie sterta jej produkcji z zakresów wszelakich: od książek kucharskich, przez przewodniki turystyczne i podręczniki językowe, aż po poradniki, jak żyć w zgodzie z własną naturą i nikogo przy tym nie urazić. Jak jej się udało uzyskać taki wewnętrzny spokój i tak ugrzecznić własny temperament, ja naprawde nie wiem. Mój ciągle płata mi filge i wykręca akrobacje. Mam ja się naprawdę z tym swoim. I coraz częściej mam ochotę dać mu w ryj. Może jednak powinnam sięgnąć po te książki.
Na własny temperament się jednak wpływu nie ma, lub ma się jedynie ograniczony. Na wybór lektury można mieć jednak olbrzymi.
Można starannie dobierać lektury i czerpać z tego potoki przyjemności. Dlaczego więc ja nie czerpię ostatnio? Kto mi to powie? Mogę sobie ponarzekać?
Wojciech Koryciński - "Niebieskie zakony"
Już dawno obiecałam panu pisarzowi, że książkę przeczytam (z tego się wywiązałam jeszcze w styczniu) i że z recenzuję. No i co ja mam powiedzieć? Przecież ja pana pisarza pewnie znowu spotkam na poczcie.
I to nie jest tak, że książkę zupełnie przekreślam. Pozostawiła mi po prostu pewien niedosyt.
Na nieco ponad dwustu stronach pan Wojciech zawiązuje intrygę kryminalną, która, aby ją rozwinąć dokładnie i zgodnie z rzemiosłem, powinna zająć objętość dwa razy większą. Akcja osadzona zostaje w ostatnich latach dziewiętnastego wieku w Świdnicy. Z Wrocławia przyjeżdża uniwersytecki filolog, który ma uporządkować jezuicka bibliotekę. Podczas prac odnajduje tajemniczy manukrypt, którego wydobycie na światło dzienne powoduje całą serię niefortunnych zdarzeń, z których sam zainteresowany ledwo uchodzi z życiem. Moim zdaniem, bez uszczerbku dla fabuły i logiki, mógł pod koniec zginąć. Jego cudnowne i mało dla mnie zrozumiałe, bo zupełnie nielogiczne ocalenie zostaje jednak zrehabilitowane kilkoma zabójstwami i tajemniczymi zaginięciami osób postronnych, o znaczeniu drugorzędnym dla całej akcji. Zasada jednak została spełniona: jest kryminał - muszą byc trupy. Mniam...
Klimat nieco zbyt mroczny, jak na książkę o czasach niemal nas dotykających. Zabrakło mi światła. Nie wiem, czy w tym zakresie obowiązują jakieś reguły, lecz nie stałoby się nic (nic nie ujęło by kryminałowi powagi), gdyby w tej Świdnicy czasem zabłysło słońce i pobłądziło trochę po fasadach tych naszych pięknych kamienic. Ale pod tym wględem jest tu raczej kiepsko. Nie dość, że nie ma słońca, to jeszcze prawie nie ma kamienic. Poza incydentem z dorożką, która pruje z olbrzymią prędkością w dół ulicy Długiej, praktycznie nie ma tu opisów miasta. Za to opis owej feralnej jazdy był poczyniony na tyle sugestywnie, że do dziś szybciej przeskakuję przez jezdnię w tym miejscu, gdzie najpewniej to musiało się stać. W każdym razie widzę ten obraz gdzieś z tyłu głowy. Widzę to tym wyraźniej, że nieco powyżej tego łuku mieszkam i codziennie tamtędy przechodzę.
Klimat kościelnych i bibliotecznych wnętrz coś za bardzo mi pachnie "Imieniem róży" Nie będę więc o tym się rozpisywać.
Duży plus za opisy niektórych postaci - jakkolwiek niezbyt szczegółowe, to aż nazbyt sugestywnie powiązane z dzisiejszymi osobistościami Świdnicy. Bez pudła odgaduję w której postaci siedzi prezydent Murdzek, a w której biskup Dec. Cudnie opisane zostały biesiadne ciągoty miejskich rajców. Podobała mi się ta zabawa.
Niepotrzebnie zaś i przynudzająco, moim zdaniem, autor wprowadził pewne językowe zagadnienia i dywagacje - o takim stopniu szczegółowości, który pewnie zrozumiały jest jedynie dla polonisty, dla mnie zaś kłopotliwy. Miało to za zadanie umocować jakoś w powieści nazdwyczajne uzdolnienia sprytnego filologa, jak mniemam. A i potwierdzić zainteresowania autora, który w tej dziedzinie jest ponoć specjalistą.
Szata graficzna - pierwyj sort. Piękna okladka, najwyższej jakości papier. Fajne graficzno-językowe zabawy z językiem. Nie bardzo złapałam, po co zostały wprowadzone, dodały jednak trochę pieprzu całej sprawie. Czarno-białe fotografie, ni to artystyczne, ni to nie-wiem-jakie. Na nich duże zbliżenia na detale architektoniczne - bliżej nieokreślone betonowe pęknięcia, oraz części ciała. Zdjęcie owłosionego męskiego pępka może pewnie coś powiedzieć i podziałać na wyobraźnię. Na moją podziałał jednak tak sobie średnio.
Taka jest jednak licencia poetica. Z nią się jednak nie dyskutuje.
Mapa - dołożona do książki w formie dużego składanego arkusza. Duży rarytas. Fajnie ją mieć i oglądać.
Dużo sobie po tej książce obiecywałam. Miałam chęć rozsmakować się w soczystych opisach przyrody i architektury, poznać obyczaje. Może usłyszeć melodię języka.
I zwyczaje poznałam - owszem - tyle tylko, że głównie te pijackie.
Pijanych facetów, takich pijanych w sztok, ja nie cierpię bardzo. A tu proszę - w ilościach hurtowych. Dziś wiem, że niechętnie pojadę do Gruzji, choć młodzian usilnie namawia. Z tego, co państwo Mellerowie piszą, trudno tam się mignąć od kieliszka. Nie wiem, czy rajcowałby mnie urlop, podczas którego musiałabym wymawiać się siłą od wlewania mi w gardło wysokoprocentowych płynów. Przecież ja słaba kobieta jestem tylko.
W ogóle jak dla mnie, gdyby nie udział w tym literackim przedsięwzięciu pani Anny Dziewit-Meller, książka by prawie nie istaniała. To znaczy istaniala by fizycznie, zaś w mojej świadomości nic a nic. To ona opisała pięknie gruzińskie śpiewanie i tańczenie, potrawy i niezwykłą, a zarazem zabawną historię Katarzyny Pakosińskiej. Jedyny ukłon jaki mam dla pana Marcina jest za rozdział "6833 do Batumi" opisujący przebieg porwania samolotu przez grupę studenckich opozycjonistów u schyłku "starego układu". Dreszcze mam do dziś.
Julian Barnes - "Poczucie kresu"
To, że Barnes wielkimjest pisarzem, wiem i głoszę nie od dziś. Czemu zaś ja wzięłam się za książkę o życiu z dala od osób, które się ukochało, nie wiem do dziś. Że takie życie jest niezwykle ciężkie, wiem i bez czytania o tym.
Dlatego trudno mi się brnęło tę książkę i nie bardzo chcę do niej wracać wspomnieniami, jakkolwiek językowo rozpieścila mnie ona do granic przyzwoitości.
Jeden cytat na pewno zapamiętam:
"Wegetujemy z dnia na dzień, pozwalamy, by życie nam się przytrafiało, budujemy stopniowo magazyn wspomnień. Pojawia się oto kwestia kumulacji, ale nie takiej, o którą chodziło Adrianowi, po prostu zwyczajne dodawanie, doliczanie życia. A jak zauważył poeta, jest różnica między dodawaniem a powiększaniem."
No i może jeszcze ten:
"Za młodu człowiek pamięta swoje krótkie życie w całej swej skończoności. Później pamięć to strzępy i łaty. Przypomina trochę te czarne skrzynki, które zapisują przebieg katastrofy lotniczej. Jeśli nic się nie dzieje, taśma sama się kasuje. Tak więc jeśli ulegniesz katastrofie, dowiesz się, dlaczego tak się stało; jeśli nie, zapis twojej podrózy będzie o wiele mniej klarowny."
Trudno mi to nawet cytować. Na mojej drodze stanęła symboliczna brzoza. Takie brzozy to chyba jednak nie przypadki. Moja czarna skrzynka cała w drzazgach.
________________
Chris Steward - "Trzy sposoby na wywrócenie łódki",
czyli co robi perkusista Genesis po odejściu z kapeli i zanim na dobre zajął się hodowlą owiec.
Można przeczytać, owszem, jeśli ktoś ma dużo czasu i lubi takie literackie usia-siusia. Ja połknęłam w jeden wieczór w wannie. Z pewną przyjemnością, nie zaprzeczę. Niewiele jeszscze jednak pamiętam, a od tego czasu minęły dopiero dwa tygodnie.
Naiwnością jednak byłoby sądzić, że one to własnie zrobią. Bo one łagodzą obyczaje - i owszem - ale chyba jedynie Beacie Pawlikowskiej. Ile razy wejdę do Empiku, wysypuje się na mnie sterta jej produkcji z zakresów wszelakich: od książek kucharskich, przez przewodniki turystyczne i podręczniki językowe, aż po poradniki, jak żyć w zgodzie z własną naturą i nikogo przy tym nie urazić. Jak jej się udało uzyskać taki wewnętrzny spokój i tak ugrzecznić własny temperament, ja naprawde nie wiem. Mój ciągle płata mi filge i wykręca akrobacje. Mam ja się naprawdę z tym swoim. I coraz częściej mam ochotę dać mu w ryj. Może jednak powinnam sięgnąć po te książki.
Na własny temperament się jednak wpływu nie ma, lub ma się jedynie ograniczony. Na wybór lektury można mieć jednak olbrzymi.
Można starannie dobierać lektury i czerpać z tego potoki przyjemności. Dlaczego więc ja nie czerpię ostatnio? Kto mi to powie? Mogę sobie ponarzekać?
Wojciech Koryciński - "Niebieskie zakony"
Już dawno obiecałam panu pisarzowi, że książkę przeczytam (z tego się wywiązałam jeszcze w styczniu) i że z recenzuję. No i co ja mam powiedzieć? Przecież ja pana pisarza pewnie znowu spotkam na poczcie.
I to nie jest tak, że książkę zupełnie przekreślam. Pozostawiła mi po prostu pewien niedosyt.
Na nieco ponad dwustu stronach pan Wojciech zawiązuje intrygę kryminalną, która, aby ją rozwinąć dokładnie i zgodnie z rzemiosłem, powinna zająć objętość dwa razy większą. Akcja osadzona zostaje w ostatnich latach dziewiętnastego wieku w Świdnicy. Z Wrocławia przyjeżdża uniwersytecki filolog, który ma uporządkować jezuicka bibliotekę. Podczas prac odnajduje tajemniczy manukrypt, którego wydobycie na światło dzienne powoduje całą serię niefortunnych zdarzeń, z których sam zainteresowany ledwo uchodzi z życiem. Moim zdaniem, bez uszczerbku dla fabuły i logiki, mógł pod koniec zginąć. Jego cudnowne i mało dla mnie zrozumiałe, bo zupełnie nielogiczne ocalenie zostaje jednak zrehabilitowane kilkoma zabójstwami i tajemniczymi zaginięciami osób postronnych, o znaczeniu drugorzędnym dla całej akcji. Zasada jednak została spełniona: jest kryminał - muszą byc trupy. Mniam...
Klimat nieco zbyt mroczny, jak na książkę o czasach niemal nas dotykających. Zabrakło mi światła. Nie wiem, czy w tym zakresie obowiązują jakieś reguły, lecz nie stałoby się nic (nic nie ujęło by kryminałowi powagi), gdyby w tej Świdnicy czasem zabłysło słońce i pobłądziło trochę po fasadach tych naszych pięknych kamienic. Ale pod tym wględem jest tu raczej kiepsko. Nie dość, że nie ma słońca, to jeszcze prawie nie ma kamienic. Poza incydentem z dorożką, która pruje z olbrzymią prędkością w dół ulicy Długiej, praktycznie nie ma tu opisów miasta. Za to opis owej feralnej jazdy był poczyniony na tyle sugestywnie, że do dziś szybciej przeskakuję przez jezdnię w tym miejscu, gdzie najpewniej to musiało się stać. W każdym razie widzę ten obraz gdzieś z tyłu głowy. Widzę to tym wyraźniej, że nieco powyżej tego łuku mieszkam i codziennie tamtędy przechodzę.
Klimat kościelnych i bibliotecznych wnętrz coś za bardzo mi pachnie "Imieniem róży" Nie będę więc o tym się rozpisywać.
Duży plus za opisy niektórych postaci - jakkolwiek niezbyt szczegółowe, to aż nazbyt sugestywnie powiązane z dzisiejszymi osobistościami Świdnicy. Bez pudła odgaduję w której postaci siedzi prezydent Murdzek, a w której biskup Dec. Cudnie opisane zostały biesiadne ciągoty miejskich rajców. Podobała mi się ta zabawa.
Niepotrzebnie zaś i przynudzająco, moim zdaniem, autor wprowadził pewne językowe zagadnienia i dywagacje - o takim stopniu szczegółowości, który pewnie zrozumiały jest jedynie dla polonisty, dla mnie zaś kłopotliwy. Miało to za zadanie umocować jakoś w powieści nazdwyczajne uzdolnienia sprytnego filologa, jak mniemam. A i potwierdzić zainteresowania autora, który w tej dziedzinie jest ponoć specjalistą.
Szata graficzna - pierwyj sort. Piękna okladka, najwyższej jakości papier. Fajne graficzno-językowe zabawy z językiem. Nie bardzo złapałam, po co zostały wprowadzone, dodały jednak trochę pieprzu całej sprawie. Czarno-białe fotografie, ni to artystyczne, ni to nie-wiem-jakie. Na nich duże zbliżenia na detale architektoniczne - bliżej nieokreślone betonowe pęknięcia, oraz części ciała. Zdjęcie owłosionego męskiego pępka może pewnie coś powiedzieć i podziałać na wyobraźnię. Na moją podziałał jednak tak sobie średnio.
Taka jest jednak licencia poetica. Z nią się jednak nie dyskutuje.
Mapa - dołożona do książki w formie dużego składanego arkusza. Duży rarytas. Fajnie ją mieć i oglądać.
__________
Dużo sobie po tej książce obiecywałam. Miałam chęć rozsmakować się w soczystych opisach przyrody i architektury, poznać obyczaje. Może usłyszeć melodię języka.
I zwyczaje poznałam - owszem - tyle tylko, że głównie te pijackie.
Pijanych facetów, takich pijanych w sztok, ja nie cierpię bardzo. A tu proszę - w ilościach hurtowych. Dziś wiem, że niechętnie pojadę do Gruzji, choć młodzian usilnie namawia. Z tego, co państwo Mellerowie piszą, trudno tam się mignąć od kieliszka. Nie wiem, czy rajcowałby mnie urlop, podczas którego musiałabym wymawiać się siłą od wlewania mi w gardło wysokoprocentowych płynów. Przecież ja słaba kobieta jestem tylko.
W ogóle jak dla mnie, gdyby nie udział w tym literackim przedsięwzięciu pani Anny Dziewit-Meller, książka by prawie nie istaniała. To znaczy istaniala by fizycznie, zaś w mojej świadomości nic a nic. To ona opisała pięknie gruzińskie śpiewanie i tańczenie, potrawy i niezwykłą, a zarazem zabawną historię Katarzyny Pakosińskiej. Jedyny ukłon jaki mam dla pana Marcina jest za rozdział "6833 do Batumi" opisujący przebieg porwania samolotu przez grupę studenckich opozycjonistów u schyłku "starego układu". Dreszcze mam do dziś.
___________
Julian Barnes - "Poczucie kresu"
To, że Barnes wielkimjest pisarzem, wiem i głoszę nie od dziś. Czemu zaś ja wzięłam się za książkę o życiu z dala od osób, które się ukochało, nie wiem do dziś. Że takie życie jest niezwykle ciężkie, wiem i bez czytania o tym.
Dlatego trudno mi się brnęło tę książkę i nie bardzo chcę do niej wracać wspomnieniami, jakkolwiek językowo rozpieścila mnie ona do granic przyzwoitości.
Jeden cytat na pewno zapamiętam:
"Wegetujemy z dnia na dzień, pozwalamy, by życie nam się przytrafiało, budujemy stopniowo magazyn wspomnień. Pojawia się oto kwestia kumulacji, ale nie takiej, o którą chodziło Adrianowi, po prostu zwyczajne dodawanie, doliczanie życia. A jak zauważył poeta, jest różnica między dodawaniem a powiększaniem."
No i może jeszcze ten:
"Za młodu człowiek pamięta swoje krótkie życie w całej swej skończoności. Później pamięć to strzępy i łaty. Przypomina trochę te czarne skrzynki, które zapisują przebieg katastrofy lotniczej. Jeśli nic się nie dzieje, taśma sama się kasuje. Tak więc jeśli ulegniesz katastrofie, dowiesz się, dlaczego tak się stało; jeśli nie, zapis twojej podrózy będzie o wiele mniej klarowny."
Trudno mi to nawet cytować. Na mojej drodze stanęła symboliczna brzoza. Takie brzozy to chyba jednak nie przypadki. Moja czarna skrzynka cała w drzazgach.
________________
Chris Steward - "Trzy sposoby na wywrócenie łódki",
czyli co robi perkusista Genesis po odejściu z kapeli i zanim na dobre zajął się hodowlą owiec.
Można przeczytać, owszem, jeśli ktoś ma dużo czasu i lubi takie literackie usia-siusia. Ja połknęłam w jeden wieczór w wannie. Z pewną przyjemnością, nie zaprzeczę. Niewiele jeszscze jednak pamiętam, a od tego czasu minęły dopiero dwa tygodnie.
piątek, 5 kwietnia 2013
Każdy z nas ma coś za uszami
Ona się martwi. Jej leży na sercu moje osamotnienie. Tak więc nieśmiało (bo nie znamy się przecież jeszcze tak znowu dobrze) sugeruje:
- A może odnów swoje kontakty z kolegami z klasy z liceum.
No to jej objaśniłam po krótce, ile w tym trudności.
Do matury uczyłam się w szkole dla grzecznych panien i guwernantek - więc w szkole z natury swojej zdominowanej przez kobiety (a już na pewno, jeśli chodzi o uczniów). Choć i tak moja klasa była wyjątkowa i uprzywilejowana, bo mieliśmy trzech chłopaków:
1) Ms- bardzo rzystojny, wysportowany i w ogóle; ożenił się z naszą klasową koleżnaką. Do dziś są szczęśliwym małżeństwem. A poprzysięgłam sobie, że w życiu nie zabiorę się za żonatego mężczyznę.
2) A. - również przystojny, a do tego nieprzeciętnie elokwentny (a ja zawsze byłam wrażliwa na tym punkcie); jest jednak gejem. Cóż z tego, że bardzo fajnym gejem. Zawsze mieliśmy wspólne tematy i przędliśmy wzajemną nić porozumienia. Utrzymujemy życzliwy kontakt do dziś. Ale jednak to gej, w dodatku w stałym wziązku. Tak więc nie dość, że się za żonatych nie biorę, to za mężatych również nie!
3) Mk - za czasów szkolnych nieprzeciętnie przystojny, był przedmiotem westchnień wielu dziewczyn ze szkoły; potem został przedstawicielem handlowym jakiegoś tam browaru. I pech chciał, że go kiedyś, po latach spotkałam w pewnej restauracji, co z racji wykonywanego przez niego zajęcia nie było takie znowu niezwyczajne. Przyjechał do lokalu z ofertą handlową, czy też z uzupełnieniem towaru. Nie pamiętam dokladnie.
On dalej taki bossssko przystojny, w ciemnym garniturze od nie-wiem-kogo.
I pech polegał nie na tym, że on tam właśnie wtedy służbowo przyjechał, tylko na tym, że ja w tym lokalu jednocześnie się znalazłam... w charakterze - nazwijmy to - mało oficjalnym.
Mieliśmy wtedy ze znajomymi bal przebierańców. Wszyscy byliśmy wariacko przebrani. Na taki luz zdobywają się jedynie osoby, które: po pierwsze primo - świetnie się ze soba znają i dobrze się czują w swoim towarzystwie, po drugie primo - nie przy takich okazjach się już kompromitowały wzajemnie w swoich oczach.
Tak więc był pełny luz. Jedni przebrani za dinozaury, inni za księży lub zakonnice. Ja - za myszkę Miki.
Taką prawdziwą myszkę Miki. Z wielkimi łapskami z gąbki (z McDonalda), z uszami w rozmiarze XXXXXXXL oraz pomalowanym na czarno nosem.
I bardzo, ale to bardzo się starałam, żeby Mk mnie nie zauważył. Ale on zakrzyknął w pewnym momencie przez całą salę:
- Beataaaaa?! Jak ty się nic a nic nie zmieniłaś!
Wyobrażacie sobie ten ryk na sali? Do tej pory prześladują mnie docinki na temat tego, jak ja się ubierałam do szkoły i co nosiło sie wtedy u nas na głowach.
No, w każdym razie z przyczyn niezależnych Mk też odpada. I to przez jakieś pieprzone uszy.
- A może odnów swoje kontakty z kolegami z klasy z liceum.
No to jej objaśniłam po krótce, ile w tym trudności.
Do matury uczyłam się w szkole dla grzecznych panien i guwernantek - więc w szkole z natury swojej zdominowanej przez kobiety (a już na pewno, jeśli chodzi o uczniów). Choć i tak moja klasa była wyjątkowa i uprzywilejowana, bo mieliśmy trzech chłopaków:
1) Ms- bardzo rzystojny, wysportowany i w ogóle; ożenił się z naszą klasową koleżnaką. Do dziś są szczęśliwym małżeństwem. A poprzysięgłam sobie, że w życiu nie zabiorę się za żonatego mężczyznę.
2) A. - również przystojny, a do tego nieprzeciętnie elokwentny (a ja zawsze byłam wrażliwa na tym punkcie); jest jednak gejem. Cóż z tego, że bardzo fajnym gejem. Zawsze mieliśmy wspólne tematy i przędliśmy wzajemną nić porozumienia. Utrzymujemy życzliwy kontakt do dziś. Ale jednak to gej, w dodatku w stałym wziązku. Tak więc nie dość, że się za żonatych nie biorę, to za mężatych również nie!
3) Mk - za czasów szkolnych nieprzeciętnie przystojny, był przedmiotem westchnień wielu dziewczyn ze szkoły; potem został przedstawicielem handlowym jakiegoś tam browaru. I pech chciał, że go kiedyś, po latach spotkałam w pewnej restauracji, co z racji wykonywanego przez niego zajęcia nie było takie znowu niezwyczajne. Przyjechał do lokalu z ofertą handlową, czy też z uzupełnieniem towaru. Nie pamiętam dokladnie.
On dalej taki bossssko przystojny, w ciemnym garniturze od nie-wiem-kogo.
I pech polegał nie na tym, że on tam właśnie wtedy służbowo przyjechał, tylko na tym, że ja w tym lokalu jednocześnie się znalazłam... w charakterze - nazwijmy to - mało oficjalnym.
Mieliśmy wtedy ze znajomymi bal przebierańców. Wszyscy byliśmy wariacko przebrani. Na taki luz zdobywają się jedynie osoby, które: po pierwsze primo - świetnie się ze soba znają i dobrze się czują w swoim towarzystwie, po drugie primo - nie przy takich okazjach się już kompromitowały wzajemnie w swoich oczach.
Tak więc był pełny luz. Jedni przebrani za dinozaury, inni za księży lub zakonnice. Ja - za myszkę Miki.
Taką prawdziwą myszkę Miki. Z wielkimi łapskami z gąbki (z McDonalda), z uszami w rozmiarze XXXXXXXL oraz pomalowanym na czarno nosem.
I bardzo, ale to bardzo się starałam, żeby Mk mnie nie zauważył. Ale on zakrzyknął w pewnym momencie przez całą salę:
- Beataaaaa?! Jak ty się nic a nic nie zmieniłaś!
Wyobrażacie sobie ten ryk na sali? Do tej pory prześladują mnie docinki na temat tego, jak ja się ubierałam do szkoły i co nosiło sie wtedy u nas na głowach.
No, w każdym razie z przyczyn niezależnych Mk też odpada. I to przez jakieś pieprzone uszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





