Zdjęcia ułożone według kolejności chronologicznej ich powstawania.
Opactwo cysterskie w Henrykowie. Po doświadczeniach z Krzeszowa wyobraziłam je sobie jako olbrzymi obiekt, w którym będę się czuć malutka jak okruszek. A tymczasem ten kompleks jest dość kameralny, położony w cudnym parku.
Życie nad jeziorem Otmuchowskim. Samo jezioro nie jest szczególnie urodziwe. Można było jednak schłodzić ciała po dniu morderczych podjazdów w rodzimych Sudetach.
Katedra w Nysie - zachwyca potęgą wewnątrz i detalami zewnątrz. Ślusarska koronka na wrotach wejściowych powala na kolana.
Zamek w Mosznej - trochę jak z bajki czyli kicz na resorach, ale nie sposób przejechać koło niego obojętnie. Chwilę przed zrobieniem tego zdjęcia przeżyłam groźną wywrotkę z rowerem, ale spacer po parku i zwiedzanie zamku pozwalały zapomnieć o bólu i niewygodach.
Nasze rowery na zamkowym dziedzińcu.
Podczas całej wyprawy pozostawialiśmy rowery wraz z całym ekwipunkiem przypięte do stałych elementów (płotów, balustrad, drzew), byleby na widoku. Za każdym razem pozostawały nietknięte.
A to już Jura - zamek Ogrodzieniec, który obejrzeliśmy za namową napotkanego na trasie Marcina. Nadłożyliśmy przez to jakieś 60 km, ale warto było.
... chociażby również dla takiej sceny:)
Im bliżej wieczora, zamek stawał się coraz bardziej upiorny.
A nocą mógł nawet stać się świetną scenerią dla horroru.
W drodze na południe zwiedziliśmy jeszcze ruiny zamku Sobień (zamknięte dla zwiedzających, ale to nie szkodzi).
A gdy już przejechaliśmy wszystkie wzniesienia o kącie nachylenia trudnym do wyobrażenia, wjechaliśmy w dolinę Prądnika. Większość Ojcowskiego Parku Narodowego niedostępna jest dla zmotoryzowanych. Można go zwiedzać jedynie piechotą lub rowerem. Uwielbiam takie tereny.
Kolejne zdjęcia z zamku w Pieskowej Skale.
To ujęcie pamiętam ze swojej pierwszej książki do geografii - kościół na wodzie koło Ojcowa.
A patrząc na te skałki bez kontekstu miałabym chyba wątpliwości: pochodzą z Pienin, Rudaw Janowickich czy Jury?
Ponieważ uparliśmy się, aby jeszcze tego dnia dojechać do Wieliczki, Wawel minęliśmy bokiem.
Wieczorny Tarnów.
A to już ostatni przystanek przed Sanokiem - łąki wokół Brzozowa. Grześ opowiadał, że do lat siedemdziesiątych żył tam pan, który zajmował się zaklinaniem deszczu i burz. Społeczność wioski robiła zrzutkę na usługę, pan pobierał opłatę, zabierał z kościoła najstarszą gromnicę i szedł na najwyższe wzniesienie w okolicy, aby odprawiać swoje rytuały. Podobno był skuteczny, na co wskazywać mogła długa kolejka oczekujących.
Sanokowe zdjęcia pozwolę sobie pokazać kiedyś tam przy okazji.
Choć rany, stłuczenia, otarcia i siniaki jeszcze nie zagoiły się na dobre, zabieram się ostro za pracę, bo zamówień i spraw do załatwienia "na już" nawarstwiło się sporo. Ale myśli ciągle jeszcze kręcą się w koło rowerów, gdzieś w górach, na łąkach, w ruinach zamków i w zapomnianych wioskach, które było mi dane odwiedzić podczas podróży.
Dziękuję wszystkim za wsparcie i doping.
Czas się wyspowiadać:)
W prawdzie oficjalne kalkulatory drogowe pokazują na trasie Świdnica - Sanok odległość 540 km, nam udało się nabić na liczniku 697 km. Spoooooro... Z tego duża część pod górkę w Sudetach, trochę bardziej stromą górkę w Jurze oraz ekstremalnie stromą górkę na Podkarpaciu. Gdyby ktoś potrzebował rady, którędy z zachodu na wschód ze względu na liczne podjazdy się nie udawać, służę pomocą - osiągnęłam w tej dziedzinie trzeci stopień wtajemniczenia. Jednakże grzeszyłabym, gdybym narzekała, bo po pierwsze - podjazdy dobrze wpływają na figurę, po drugie - bez podjazdów nie ma pięknych widoków na rozległą okolicę, a po trzecie - nie ma również szalonych zjazdów na łeb na szyję, przy których aż strach patrzyć na wskazania prędkościomierza. Wiatr we włosach i szum w uszach w takich momentach nie dają się porównać z niczym - cudowny bonus od wcześniejszego wysiłku.
Plan podróży:
1 dzień - Dolny Śląsk: Świdnica - Łagiewniki - Henryków - Ziębice - Otmuchów (tu nocleg na campingu nad jeziorem); dystans 93 km; zwiedziliśmy zabytkowy gotycki kościół w Prusach i opactwo cystersie w Henrykowie.
2 dzień - Okolice Nysy: Otmuchów - Nysa (zwiedzanie) - Korfantów - Moszna (zwiedzanie zamku i rozległego parku) - Krapkowice (nocleg w agroturystyce). Dystans 91 km. W tym dniu zaliczyłam również groźnie wyglądający upadek z roweru, po którym poraniłam łokieć i poobijałam ciało.
3 dzień - Śląsk Opolski: Krapkowice - Gogolin - Strzelce Opolskie - Toszek - Tarnowskie Góry (zwiedzanie) - Nakło Śląskie - Świerklaniec (tu nocleg w zespole pałacowo-parkowym, w którym to wzięłam pana kierownika superluksusowego hotelu na litość, "że deszcz..., że dziś 100 km rowerem..., że już prawie ciemno..., że z dzieckiem..." Pan kierownik na szczęście nie widział, że owo dziecko, na które się w swoich błagalnych tonach powoływałam jest prawie głowę wyższe i silniejsze kilka razy ode mnie. Ulitował się. Udzielił noclegu w domku ogrodnika za symboliczną opłatę. Bardzo chciał pomóc. Ciepło robi mi się na myśl, jak wiele osób nam pomogło w tej podróży. To buduje:))
4 dzień - Górny Śląsk: na tym etapie odcinka spotkaliśmy sympatycznego Marcina (rowerzystę), który obiecał pokazać skróty przez las i nęcił ucieczką od asfaltowych górnośląskich arterii. Potem ponownie skusił - jeśli zgodzilibyśmy się pojechać z nim jeszcze dalej 30 km na północ, on zaprosi nas na herbatę do ogrodu rodziców, do których się właśnie wybierał, a my dzięki temu zobaczymy większą (a jednocześnie ciekawszą) część Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Przystaliśmy na tę propozycję, dlatego też trasa wyglądała następująco: Świerklaniec - Dąbrowa Górnicza - Ujejście - Niegowonice (tu najpyszniejsza herbata świata) - Ogrodzieniec - Podzamcze. Dystans 65 km, z czego połowę po leśnych drogach, piachach i polach. Nocleg w Podzamczu wymusiłam na synu ze względu na wyjątkowe trudy podróży i niezwykłą urodę zamku Ogrodzieniec (słynnego ze scen z "Janosika" i "Zemsty" Andrzeja Wajdy). Zamek ten mieliśmy więc okazję oglądać za dnia, ale również w nocy - niezapomniane wrażenia.
5 dzień - Jura: Podzamcze - Pilica - Sobień (zwiedzanie ruin zamku) - Wolbrom - Sułoszowa - Pieskowa Skała (zwiedzanie zamku wraz ze wszystkimi dostępnymi ekspozycjami) - spacerkiem przez Ojców i Ojcowski Park Narodowy (możliwy do zwiedzenia jedynie piechotą lub rowerem, bo całkowicie wyłączony z ruchu kołowego) - Wielka Wieś - Kraków (przejazd pod Wawelem) - Wieliczka (tu nocleg). Dystans 98 km, z czego pierwsza połowa ze straszliwymi podjazdami i karkołomnymi zjazdami.
6 dzień - okolice Krakowa: Wieliczka - Niepołomice (zwiedzanie zamku królewskiego i starówki) - Puszcza Niepołomicka (30 km przez piękny las i ostoję żubrów) - Uście Solne - Szczurowa - Żabno - Tarnów. Dystans 96 km. Tego dnia spodziewałam się okropnych gór, które nie wiedzieć czemu wyobraziłam sobie na wschód od Krakowa, a tymczasem okazało się, że był to najłatwiejszy pod względem przewyższeń odcinek naszej trasy. Jechaliśmy więc niespiesznie, chłonęliśmy zieleń w puszczy, wiejskie krajobrazy, świeżą chałkę z masłem jedzoną gdzieś na trawie i pachnące truskawki, o jakich w moich stronach już wszyscy zdążyli zapomnieć. Nocą, po zakwaterowaniu i super wystawnej kolacji udało nam się jeszcze zwiedzić niezwykle urokliwy Tarnów.
7 dzień - Pokarpacie: Tarnów - Skrzyszów - Ryglice - Jodłowa - Brzostek - Kołaczyce - Lubla - Korczyna (koło Krosna) - Haczów - Brzozów. Dystans 137 km. To co do tej pory wydawało mi się sporym podjazdem, w porównaniu do tego, co nas spotkało tego dnia, było raczkującym brzdącem. Gdyby nie to, że w Brzozowie czekał na nas z kolacją i noclegiem przyjaciel, należałoby ten odcinek rozplanować na dwa dni. Teraz już wiem, że po przejechaniu 100 km kończy się dla mnie przyjemność z jazdy. Powyżej tej magicznej granicy zaczyna się ponadludzki wysiłek, który odrabiam do dziś. Po Bartoszu wysiłek jakby spływał, a młodzian sprawiał wrażenie, jakby dla niego podróż tego dnia nie miała się nigdy skończyć.
Za to na miejscu czekał na nas nocleg w wiekowym dworku z obserwatorium astronomicznym, zagrodą koni i łaszącymi się do nóg psami. Towarzystwo i cudną rozmowę do czarnej nocy zapewnił Grześ - przyjaciel z dawnych lat - człowiek od czarów.
8 dzień - finisz: Brzozów - Sanok. Dystans 27 km. Po drodze niewielkie góreczki, a na finiszu basen w chłodną wodą, uściski i objęcia, radość, prezenty, domowe gołąbki, ciacha i szalona zabawa do późnej nocy z siostrzeńcami.
Całą podróż odbyliśmy więc szybciej, niż zakładaliśmy. Cieszę się, że dałam psztyczka w nos osobom, które w nas wątpiły. Wiem już też, że granica wytrzymałości mojego własnego organizmu leży dużo dalej, niż ją we własnej wyobraźni umiejscawiałam. Podtrzymałam rodzinne więzi, odnowiłam przyjacielskie kontakty, zwiedziłam i zobaczyłam mnóstwo pięknych miejsc. Poznałam ciekawych ludzi. Spotkałam się z falą zewsząd płynącej bezinteresownej życzliwości i pomocy. Spędziłam niezapomniany czas sam na sam ze swoim synem. Wszystko to - czego by tu jeszcze nie napisać - bezcenne.
Jutro postaram się zamieścić tu co ciekawsze wspominkowe zdjęcia.
Gdy tylko wystarczy mi sił i samozaparcia i jeśli uda mi się zjednać partnera - entuzjastę podobnego sposobu spędzania wakacji - w przyszłym roku wybiorę się w podobną wyprawę nad Adriatyk:)
Całusy wieczorne i muzyka dla tych, co wytrwali:))
B.
Jeszcze jestem "na lądzie", ale już za dwa dni będę w podróży i pewnie nie zaglądnę tu przez najbliższe dwa tygodnie.
Ostatnie dni upływały mi na gonitwie zakupowej, próbach zapanowania nad powodzią zamówień, które to koniecznie musiały opuścić pracownię jeszcze przed wyjazdem oraz szlifowaniu formy. Z tym ostatnim miałam problem natury czasowej. Ciężko było mi wstrzelić się z regularnymi treningami w napięty do granic wytrzymałości plan kolejnych dni. Jazdy jednak odbywałam prawie codziennie, pomimo wiatrów i niesprzyjającej aury. Wyposażyłam się w świetną kurtkę, więc tak łatwo mnie nie wezmą, choć muszę przyznać, że jazda pod górę i do tego pod wiatr to już swego rodzaju kumulacja pecha. Dlatego proszę niebieskie anioły, aby takich doświadczeń na trasie mi oszczędziły.
Ale już chyba wszystko załatwione. Klienci będą zadowoleni, a ja spokojna. Przynajmniej w kwestii zawodowej, bo w innych krążą nad moją głową demony, które spędzają sen z powiek: a czy rower wytrzyma, czy ja dam radę, czy nastolatek (wyrośnięty co prawda, ale jednak niezupełnie jeszcze dojrzały) to dobry kompan do takiej wyprawy, czy sprzęt, namiot, sakwy nie zawiodą. I tak dalej. Wątpliwości mnożą się w tempie geometrycznym.
Starałam się przewidzieć i zorganizować możliwie najwięcej szczegółów. Rower przeglądnięty i wyregulowany przez specjalistów. Pierwszy nocleg: Henryków. Transport kolejowy z rowerami w drodze powrotnej: załatwiony. Pogoda: zamówiona. Ta od jutra ma się zdecydowanie poprawić. Zapotrzebowanie na dobrą pogodę wystosowałam do samego Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Odesłali mnie co prawda w tej sprawie do papieża, niemniej jednak przedstawili przybliżoną prognozę długoterminową, życzyli wytrwałości w podróży i obiecali trzymać kciuki. Skuszona niezignorowaniem nietypowego zamówienia przez rzeczony instytut, chciałam jeszcze wnioskować w Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad o wytyczenie trasy wolnej od pielgrzymek. Po namyśle jednak stwierdziłam, że obecność pielgrzymek wcale nie musi być taka zła, bo tam gdzie są pątnicy, tam nie ma samochodów.
Trasę wyznaczyliśmy następująco:
Świdnica - Nysa - Krapkowice - Śląsk - Jura - Kraków - Rzeszów - Sanok. Będziemy poruszać się bocznymi drogami (autostrady odpadają - są zbyt drogie :))
Trasa oczywiście określa jedynie kierunkowe założenia. Czy do każdego z tych miast zajedziemy, okaże się po drodze. Początkowo mieliśmy omijać Górny Śląsk. Potem napatoczył mi się program telewizyjny Jarosława Kreta o industriadzie (szlaku zabytków industrialnych na Śląsku). Choć sam program mnie nie powalił - albo mówiąc szczerze na tyle mnie rozczarował, że na pewno nie kupię książki tego pana, choć jeszcze niedawno miałam taki zamiar, to po buszowaniu w internecie nabrałam ochoty, żeby zobaczyć parę ciekawszych atrakcji z oferty. Może jakąś starą elektrownię, browar lub parowozownię. Dźwięcznie i kusząco brzmi "Muzeum chleba, szkoły i ciekawostek" (w Radzionkowie). Z miłą chęcią odwiedzimy również osiedle Nikiszowiec w Katowicach, o którym tyle już słyszałam i czytałam dobrego. W każdym razie mamy nadzieję nawdychać się steampunkowych klimatów.
Tak więc kochani, trzymajcie za nas kciuki i wysyłajcie dobre myśli. Oby nam się darzyło i obyśmy cali i zdrowi wrócili do domu :)
P.s. Tylko proszę nie życzyć nam stopy wody pod kilem, bo już takie życzenia nam się posypały na Facebooku. Wody to my mamy już absolutnie dość na ten sezon.
Od tygodnia żyję jak nomad. Ba, jak cała banda nomadów. Chodzi mi oczywiście o jakość ich życia, a nie to, w jakie wzajemne mogą wchodzić interakcje:) Tak więc jedno, co można o moim bytowaniu w ostatnim czasie powiedzieć, to że jest to bardziej tryb koczowniczy, niż osiadły. Pięć godzin kursu dziennie wciskanych pomiędzy zawodowe zobowiązania skutecznie odciągało mnie od czynności, które w potocznym życiu uważa się za normę. Nie czytam więc nic od tygodnia, nie oglądam, nigdzie nie bywam, z nikim się nie spotykam. Mieszkanie również cierpi na brak towarzystwa. Zioła na parapecie prawie uschły. Sprzątam jedynie "rynek", śmieci wyrzucam, gdy już wysypują mi się z wiaderka. Zrezygnowałam z wylegiwania się z książką w wannie i dzień kończę krótkim prysznicem, bo po prostu wieczorami padam na twarz.
Pan syn, gdy mnie ostatnio odwiedził, zajrzał do kuchni w poszukiwaniu czegoś nadającego się do jedzenia, po czym wywiązała się wielce symptomatyczna - zważywszy na powyższe - rozmowa:
- Upiekłaś coś?
- Nie.
- A ugotowałaś?
- Nie.
- A jadłaś coś w ogóle dzisiaj?
No, co to ja chciałam właściwie powiedzieć? Że zrobiłam sobie chwilę przerwy w pracy i piszę tekst dla poznanej niedawno pani dziennikarki o żadanicach (zadanicach), o których wygadałam się podczas kursu.
Znacie te lale? Przeczytałam o nich wiele lat temu w jakimś artykule w czasach, gdy jeszcze czytywałam czasopisma w formie tylko i wyłącznie papierowej, więc nawet nie potrafię w tej chwili Was do tego tekstu odesłać. Szykując jednak ten post zauważyłam, że jest trochę informacji na ten temat w internecie. Mój artykuł (ten, który lata temu wpadł mi z ręce) opowiadał o inicjatywie pewnych młodych dziewczyn, które podjęły się wyzwania przywrócenia światu kobiet z białoruskiej prowincji - takich, które spotkała jakaś tragedia i się skutecznie z wszelkiego życia wycofały. Już mniejsza o to, co to były za okropne przeżycia, choć to stanowiło główną część tego reportażu; ja się skupię tu na samych lalach - to był jeden z szerokiej gamy pomysłów młodych wolontariuszek na dochodzenie kobiet ze zniszczoną psychiką do normalności.
"Powołuje się je do życia" w pewnej intencji - mają spełnić życzenie osoby, która figurkę wykonuje. Jedną z zasad jest więc to, żeby lalę wykonać od razu do końca, nie dzielić pracy na etapy, a już na pewno niedopuszczalne jest pozostawienie jej w ogóle bez wykończenia. Po spełnieniu życzenia żadanica powinna być spalona, a to co z niej zostanie - zakopane. Trochę to makabryczne, ale ja bym się obawiała dyskutowania z takimi prawidłami, których nikt wtajemniczony nie poddaje w wątpliwość. Tak więc na końcu - destrukcja, oczyszczenie i można zaczynać myśleć o nowych celach.
Pozostałe zasady dotyczą już kwestii samego wykonania. Kukiełkę wykonujemy ze starych tkanin, bez użycia igły i nici. Ucinamy kawałek, jaki potrzebny jest do wykonania lali, (w moim przypadku był to kwadrat o wymiarach około 40 x 40 cm) i z użyciem dratwy formujemy korpusik. W główkę włożyłam jakiś stary gałganek. Nogi i rączki powstały ze zrolowanej tkaniny. Sukienkę zrobiłam (również bez igły) z innego starego materiału. Na koniec chustka na głowę. Aaa, no i bardzo ważna rzecz: należy żadanicy coś od siebie podarować - guzik, koralik, cokolwiek. Ten drobiazg dla odmiany przyszywamy do ubranka na trwałe.
Istotne jest to, aby lali nie dorysować oczu i ust. Według tych starych białoruskich wierzeń lalka, która zyska twarz, zaczyna zajmować się wypełnianiem własnych życzeń. A nie o to przecież chodzi, abyśmy robiły i utrzymywały darmozjada:)
Nie znalazłam nic w źródłach na temat nadawania żadanicom imion. Wychodzę jednak z założenia, że skoro nie daje im się twarzy, to nadawanie imion pewnie też byłoby ruchem w złym kierunku. Ale to tylko moje spekulacje na ten temat, które nasuwa mi mój analitycznie wypaczony i doszukujący się wszędzie analogii umysł. Na wszelki wypadek nie będę jednak kusić losu.
To tyle:) Tyle mówią powszechnie dostępne źródła i moja (zawodna) pamięć. Nawet jeśli nie ma się marzeń w kolejce do realizacji (w co zupełnie nie wierzę), warto się pobawić. A gdy się je ma, to - nawet jeśli to tylko bujdy - robienie podobnych lalek na pewno w niczym nie zaszkodzi.
Ja mam marzeń pełną głowę i te, z którymi sama sobie nie poradzę (co rzadkie), powierzę żadanicom. Ta obecna jest bardzo zapracowaną osobą. Zyskała nawet pewien typ "osobowości prawnej" w moim domu. Gadam do niej, sadzam na widoku, gdy pracuję i zabieram wszędzie ze sobą. Nie zapominam jednak, żeby dawać jej do zrozumienia, kto tu rządzi i kto czyje polecenia ma wykonywać.
Wczoraj znalazłam jeszcze jeden ślad żadanic w naszym kraju: pewna pani trudni się wykonywaniem ich usługowo. Otóż ogłaszam, że nie wierzę, aby takie kukiełki kupowane za pieniądze działały prawidłowo. Skoro założenie jest takie, że wykonując lalę cały czas myślimy o celu, który ma ona spełnić, powątpiewam, aby ktoś obcy, który nawet nie widział nas na oczy, mógł tak samo pozytywnie o tym marzeniu myśleć i wierzyć w jego urzeczywistnienie. Nie idźcie tą drogą:)
--------------
Jeśli masz ochotę przeczytać kolejny artykuł na ten temat zapraszam tu: ----> O TUTAJ!
Gdy wpisuję ten tytuł, autokorekta podkreśla mi wyraz "kościołowy", ale używam go świadomie i z premedytacją. Po to tylko, aby odróżnić inspiracje, jakie może powodować sam kontakt z instytucją kościelną od tych, które wzbudza we mnie obecność w konkretnym miejscu (budynku i jego otoczeniu).
Podczas jednego z zajęć naszym zadaniem było wypisać jak najwięcej przymiotników, jakie kojarzą nam się z tym miejscem i przyporządkować je do konkretnych zmysłów: smaku, zapachu, wzroku, dotyku i węchu. Do odstrzału przeznaczyłam od razu te, które są zbyt pojemne, a przez to niekonkretne. Dokonałam więc masowej eksterminacji wszystkich "wspaniałych", "cudownych", "fantastycznych" i innych podobnych określeń. Doświadczenie okazało się ciekawe, bo pozwoliło każdemu z nas nakreślić mapę aktywności (vel wrażliwości) własnych zmysłów. Moimi głównymi okazały się wzrok (co widać pewnie na blogu) i węch (stąd poniekąd moja zawodowa działalność). W tych dwóch dziedzinach potrafiłam wykreować w pamięci i wyobraźni całą chmurę określeń, które mniej lub bardziej wprost określały moje przeżycia związane z tym miejscem.
Wczoraj było już sporo o wrażeniach wzrokowych. Dziś więc biorę na tapetę zapach.
Pleśń, wilgoć, stęchlizna i stary papier. Znacie taki koktajl aromatów?
W kancelarii kościoła mogliśmy się w nim niemalże wykąpać. Dotykałam starych - naprawdę starych - bo prawie czterystuletnich ksiąg. Większość z nich to biblie i tomiszcza o tematyce religijnej. Ich treść nie zajmuje mnie więc bardziej niż inne książki. Ale ich wykonanie - skóra na oprawach, pięknie zdobione metalowe okucia, misterne ryciny i akapity - robią naprawdę duże wrażenie. Jednak tak naprawdę najbardziej wzruszyłam się, gdy pani pastorowa pokazała nam, co znajduje się często w tych starych tomach niejako przy okazji - te wszystkie przedmioty, które służyły kiedyś komuś za zakładkę - stare zdjęcia, listy, banknoty, kartki z kalendarza, czyjś osobisty pamiętnik. Bo książka, choćby nie wiem jak stara, to jednak tylko jedna z wielu odbitek, natomiast notes wypełniany przez kogoś własnymi przemyśleniami i wspomnieniami, uczepionymi gdzieś w konkretnym miejscu i czasie, to już naprawdę coś. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie pewne rzeczy mają znaczenie dopiero wtedy, gdy w ich tle albo ich źródłem jest konkretny człowiek, który gdzieś i kiedyś konkretnie żył i jakoś konkretnie się nazywał.
W pracy ostatnio nie dzieje się nic, co mogłabym tu zaprezentować. Rowerowo i kondycyjnie również nie poruszam się do przodu, tak jak to być powinno, mając na względzie, że wyjeżdżam już za tydzień w największą i prawdopodobne najtrudniejszą wyprawę w swoim życiu. A to wszystko dlatego, że przez cały tydzień uczęszczam na kurs literacki. Pewnie nie nauczę się na nim biegle i kwieciście pisać, i w dalszym ciągu będę w tej dziedzinie błądzić po omacku, ale ponieważ inicjatywa zorganizowania tego kursu powstała w Kościele Pokoju, z którym od lat czuję się ściśle związana, postanowiłam wziąć w nim udział.
Na społeczność, która skupia się wokół tego miejsca, składają się dość oryginalne indywidua i zapaleńcy. Większość z nas do Kościoła nie należy, a jedynie podejmuje artystyczne wyzwania, zgłębia problematykę UNESCO*, lub po prostu lubi barokową muzykę i sztukę. Niekiedy też o obecności w tym miejscu decyduje fakt, że ktoś dobrze czuje się w cieniu kilkusetletnich drzew. Ale nie o ludziach chciałam tu dziś mówić.
Celem tego "kursu" ma być stworzenie wirtualnego słownika haseł związanych z całym Placem Pokoju. Definicje pojęć mają być tworzone w oparciu o osobiste odczucia uczestników i w końcowym efekcie złożyć się na subiektywny przewodnik po tym czarownym miejscu.
Przez kolejne dni próbowano na różne sposoby wpłynąć na nasze emocje. Nie ukierunkowywać ich, a jedynie otworzyć głowę i zainspirować. Drugiego dnia pobudzano nas słuchowo. Wysłuchaliśmy wykładu o muzyce barokowej, pogadanki o budowie i historii okazałych organów oraz krótkich muzycznych utworów. Stąd takie zdjęcia wczoraj. Ale pomimo, że muzykę kocham niemalże w każdej odmianie (no, może jedynie poza jazzem granym na serio i z trąbkami), słuch to chyba jednak nie jest mój najważniejszy zmysł. Bo tym dominującym okazał się wzrok.
Pokażę więc kościół widziany moimi oczami. Fotografowany z perspektywy parteru (udostępnianej zwiedzającym), jak i widziany z poziomów, na jakie wpuszczono nas w drodze wyjątku. Tam nie zajrzą turyści. Mam nadzieję, że się Wam taka wycieczka spodoba:)
Oprócz "oczywistych oczywistości", w które zwykle wycelowują swoje obiektywy turyści i fotograficy, moją uwagę przykuły niezliczone schody - prawdziwy labirynt, który z powodzeniem mógłby posłużyć za scenografię do kolejnej mrocznej opowieści Umberto Eco.
No i oczywiście nie pozostałam obojętna na detale, choć w tej ich powodzi trudno skupić na czymś konkretnym uwagę. Gdy postało się w miejscu dłużej niż chwilę, można było zauważyć, jak snycerskie popisy pląsały sobie z przesuwającym się słońcem. Cudne widowisko:)
___________________
* Pisałam o problematyce UNESCO, bo Kościół Pokoju przed przeszło dziesięcioma laty został wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, z czego jesteśmy (jako świdniczanie) szczególnie dumni. Od tego czasu zabytek ten na jednym wdechu bywa wymieniany w towarzystwie egipskich piramid,Akropolu, Wersalu i praskiej Starówki:)))