niedziela, 10 marca 2013

Co autor miał na myśli używając sformułowania "Oj da dana"

Z serii "fejsbukowe pogaduchy po północy":

temat sprowokował Maka:

REFORMA EDUKACJI W POLSCE na przykładzie zadania z matematyki:

1950 r.
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go
4/5 tej kwoty. Ile zarobił drwal?

1980 r.
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno
kosztowało go 4/5 tej kwoty - czyli 80 zł. Ile zarobił drwal?

2000 r.
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno
kosztowało go 4/5 tej kwoty, czyli 80 zł. Drwal zarobił dwadzieścia zł. Zakreśl
liczbę dwadzieścia.

2010 r. (tylko dla zainteresowanych)
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. W tym celu musiał wyciąć kilka starych
drzew. Podzielcie się na grupy i odegrajcie krótkie przedstawienie, w którym
postarajcie się przedstawić, jak w tej sytuacji czuły się biedne zwierzątka
leśne i rośliny. Przekonajcie widza, jak bardzo niekorzystne dla środowiska jest wycinanie starych drzew.

2013 r.
Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Pokoloruj drwala.


Nie wiem, jak Wam, ale mi się to wcale śmieszne nie wydaje. I skończyłoby się na takiej mojej uwadze, gdyby do pieca nie dołożył Marek B.:

Pierwiastek z 4 to 2, jak czuję się pierwiastek w obliczu zmiany konstytucji z 1993 roku we Francji...

No to czy Bet mogła zostać obojętna?:

Taki pierwiastek czuje się raczej chujowo, bo ma kompleks niższości z powodu zbyt niskiego nominału i niedoszacowanego potencjału.

Co Maka po szybkim zebraniu myśli skonstatował:

 A przy tym niestety jego nominalny kompleks niższości rośnie ponad potencjalnie.

Co z kolei Bet zripostowała:

Dynamika tego wzrostu zmienia się jednak w warunkach brzegowych 



Wniosek 1:

No to może ja niepotrzebnie tak męczę pana Bartosza z tą matmą, bo może należałoby go raczej nauczyć  porządnie łączyć kropki, czy coś...


Wniosek 2:

I jak mówię, że mi się chce płakać i śmiać jednocześnie, to mama mi sugeruje, że to może już hormonalne   rozchwianie i przydałaby mi się hormonalna terapia zastępcza. A ja wiem swoje. Są czasem takie sytuacje,  że nigdy nie wiadomo, czy to tragedia w trzech aktach, czy już komedia.

sobota, 9 marca 2013

Statystyczna Polka świętuje 8 marca nieidealnie

Jak świętuje Statystyczna Polka, się nie wie zbyt szczegółowo.
Za to jak świętuje Statystyczna Polka z pokolenia '70 i jak po tym leczy kaca, ma się jako taką wiedzę i rozeznanie, bo się temat przećwiczyło na żywym modelu.

Polka pokolenia '70 to w ogóle istota ze wszech miar wyjątkowa. Ładna na swoj sposób i mądra na swój sposób. Może nie jest to ani uroda, ani mądrość tak znowu jednoznacznie dekodowalna, ale statystyczna Polka '70 ma to gdzieś. Jest asertywna. Ważne że sobie wydaje się takoważ i potrafi do tej tezy przekonać tych, na których jej zależy.

SP'70 nie farbuje więc włosów, dlatego, że pojawiają jej się pojedyncze siwe pasemka, a dlatego, że nowy kolor podkreśli jej osobowość. SP'70 poszaleje z paznokciami. A  z makijażem to ... ho ho. Taka kobieta wie już, jak podkręcić rzęsy i jak w ogóle zrobić oko. Wie, gdzie położyć róż na policzki,  jak odbić szminkę na szklance i obok kogo tę szklankę postawić, aby zelektryzować. Lub aby doprowadzić do przewodnictwa w Unii. Taka kobieta swojej kobiecości się nie wstydzi, jej nie ukrywa. Ona wręcz tą kobiecością epatuje. Bywa, że na niej zarabia (nie, nie... nie w sposób, jaki się w pierwszym skojarzeniu narzuca - ona na świadomości swej  kobiecości buduje  przewagę konkurencyjną).  Jest przy tym dobra w szyfrowaniu. Nie wywala kawy na ławę.  Umiejętnie dawkuje napięcie i cudze emocje wodzi na sznurku.  Czy więc SP'70 jest manipulatorką? Jak najbardziej!  Świat jest jednak pełen amatorów takich manipulacji.


SP'70 ma ponad 170  cm wzrostu, ale ubiera się w taaaaakie szpile, że osiemdziesiąt procent społeczeństwa sięga jej pod brodę. Dlatego jest  wymagająca i selektywna - uwagę swą skupia tylko na tych pozostałych 20%.  Mierzy zresztą wysoko również z tego powodu, że jak spuszcza głowę, na szyi pokazują jej się zmarszczki. Ona więc nie zadziera głowy z zarozumialstwa. Ona to robi, by ukryć fakt, że czas się z nią nie cacka.
SP'70 nie jest może filigranowej budowy - ma za sobą jedną, albo i  dwie ciąże, które po jej ciele przejechały się jak człogi. Nic więc dziwnego, że nie ma się już sylwetki jak z żurnala. Nie ma się jednak również kompleksów. O nie! Podkreśla się talię i ładnie oprawia biust w smukły dekolt. I o wiek można spytać taką '70-tkę bez ryzyka. Bo 70'tka nie ukrywa. "Patrz"- mówi z dumą -"mam czterdzieści lat i jak ja wyglądam". Można więc pytać bez obaw, chyba że... spyta się o wagę.

Jest złota zasada odnośnie '70-tki - o wagę takiej nie pytamy, bo jak się taka zezłości, to... uch.
Porody taka przebyła siłami natury. Nie było wszak jeszcze znieczuleń na życzenie. I z migreną czasem musi borykać się sama. Siły więc taka SP'70 ma za dwóch. Pytanie jej o rzeczy niedyskretne jest więc szalenie ryzykowne. W każdym razie nie są znane przypadki, aby ktokolwiek dokonał takiej próby i wyszedł z tego cało. Statystyki są nieublagane.

SP'70 ubiera się barwnie, przy czym nigdy dwa razy tak samo. Ma przy tym fantazję nie lada. Od niej Lagerfeld małpuje swoje kolekcje na Pret-a-porter.  Ma w szafie tysiąc apaszek, stos tandetnej biżuterii i kwiatów z tkaniny. Ze wszystkiego przy użyciu takich drobiazgów SP'70 potrafii zrobić wyjątkową kreację. Lata siedemdziesiąte (i osiemdziesiąte) ją tak zaprawiły. Tylko ona wie, jak zestawiać kropki i kratkę oraz jak połączyć żółty z niebieskim. I gwiżdże na konwenanse. To konwenanse pytają ją o opinię.

I wiedzę o świecie ma taka SP'70. I rozeznanie w niejednym. Przeczytała już taaaakie tomy i z tyyyylu dziedzin, że trudną ją zaskoczyć. Kiedy trzeba jest lekarzem, socjologiem, psychologiem, terapeutą. Jest również kulturoznawcą, specem o marketingu, etnografem, futurologiem, fizykiem jądrowym, konsultantem kulinarnym, dekoratorem wnętrz, projektantem, politologiem i kosmetologiem. Może nie radzi sobie jeszcze wzorowo z kwestiami mechaniki samochodowej, ale i to kwestia czasu jedynie.
Wszystko to, na czym się SP'70 nie zna, nie przesądza jeszcze sprawy, bo to znaczy, że się jeszcze taki problem w jej życiu nie pojawił. Jeśli tylko pokaże się na horyzoncie, trzeba będzie się zmierzyć i z tym kawałkiem wiedzy i doświadczenia. I można być pewnym - SP'70 takiemu tematowi nie odpuści. Pozna do dna i w mig zostanie ekspertem.

SP'70 jest jednak ekspertem od wszystkiego tylko w gronie innych SP'70. W towarzystwie mężczyzny z wiedzą się dyplomatycznie ukryje. Pozwoli, aby to on wykazał się sprytem, mądrością i odwagą. Dam mu możliwość, aby zabłysnął i się  domyślił. A domyśleć się, czego chciałaby SP to nie jest bułka z masłem. Nie jest łatwo utrafić tak, aby nigdy herbata nie była ani zbyt gorąca, ani zbyt zimna. By była w sam raz. A nie jest łatwo, bo SP'70 sama nie jest zdecydowana, co byłoby dla niej najlepsze, a jej preferencje zmieniają się prawdopodobnie wraz ze zmianą fazy cyklu mentruacyjnego. SP'70 zwala więc wszystko na hormony. I zazwyczaj jej to uchodzi płazem.

SP'70 dzień kobiet spędza w gronie innych SP'70, wysłuchując wykładów na temat, jak nie dać się zjeść rakowi, jak zadbać o siebie i jak się psychicznie zbudować. Jakby już nie była dość zadbana i zbudowana. Potem SP posłucha jeszcze koncertu, pouczestniczy w bankiecie i pozwoli sobie na zbyt wiele lampek szampana. Pośmieje się zbyt głośno i pożartuje na tematy nieprzystające.

A potem wróci do domu. W domu niesprzątnięte, a w zlewie miski po chińskiej zupce. Lecz 70'ka jest wolna od wyrzutów sumienia. Bo sp'70 wie, co wolno jej zaniedbać. Wie, że czasem warto nie ugotować, a na to konto potarzać się z dzieckiem po podłodze. Wie, że nie musi wyprasować, a w zamian postara się być specem od wiedzy tajemnej na temat, jak, gdzie i z kim wypada się pierwszy raz pocałować.   Czasem musi potrzymać za rękę i wysłuchać zwierzeń. Musi być też kasą zapomogowo-pożyczkową i telefonem zaufania. Musi być dobra z fizyce, gdy system edukacji okaże się być  mało wydolnym.  Musi umieć kląć w kilku językach i gwizdać na palcach.  Ta wielozadaniowość w matkowaniu (a czasem - gdy ma więcej szczęścia niż ja - to i w żonowaniu)  zwalnia ją z obowiązku z bycia idealną w gospadarzeniu.

Łatwiej się to znosi, gdy się wie, że nie trzeba być idealną w każdym calu. I czasem powiedzieć sobie: "odpuszczam". 

__________
Badanie przerpowadzone zostały na reprezentacyjnej próbce pięciu kobiet z pokolenia '70: Bożence, Ewie, Kasi, Magdzie i Beacie.  Wszystkie juz teraz mają się dobrze :)




piątek, 8 marca 2013

Kobieta przy święcie

ona ma niesłychany powiew świeżości
on to nawet sobie
obrazuje
on postrzega ją jako
prześcieradło
i dla tego
gdy ją dotyka
to boi się
pomiąć
a nie chce
pominąć.

(Dariusz Basiński)
















czwartek, 7 marca 2013

Groszkowa zupa byłaby lepsza, ale...


Produkowanie takich tkanin powinno być prawnie zabronione. Ich posiadanie powoduje niezdrowe uzależnienie, zaniedbywanie obowiązków domowych, utratę poczucia czasu, oderwanie od rzeczywistości oraz popadanie w przesadę. 

Ten komplet jedzie właśnie do pani Aleksandry z Gdańska. Niektóre elementy prawdopodobnie zostaną wystawione na sprzedaż w pierwszej rowerowej aukcji. Pomyślę o tym w nocy, bo teraz lecę robić wiosenne paznokcie. 

Baj!










środa, 6 marca 2013

wtorek, 5 marca 2013

Brewerie na ferie - prognozowanie finansowania

Nowi uczestnicy i goście tej strony powinni być wtajemniczeni w fakt, o którym pewnie nie wiedzą, a powinni byli.
Strona ma swoją szarą eminencję, która od dnia tego postu ukrywa się pod postacią Pana Marcina.
Pan Marcin jest Mężem Żony Pana Marcina Z Poprzedniego Postu (tak go tu umownie nazywamy)  zwanym również w skrócie MŻPMZPP. Od kilku miesięcy  prowadzę z nim ożywioną współpracę bilateralną polegającą na sporadycznej wymianie listów, oraz otwartej wojnie na drobne i niegroźne złośliwości. O złośliwości te jednak nie mamy do siebie pretensji, traktujemy je bowiem, stosownie do intencji, jako żarty. Przynajmniej udajemy przed sobą, że tak jest...
Pan Marcin mieszka wraz z Żoną Pana Marcina na Górnym Śląsku, i jak się niedawno okazało, mogło być tak, że wraz z synem przejechałam niemalże pod jego oknami, podczas naszej wyprawy rowerowej na wschód.
Pan Marcin Wraz z Żoną Pana Marcina oraz z Sąsiadami Pana Marcina są również stałymi klientami mojego allegrowego sklepu. W zasadzie od zakupu w sklepie zaczęła się nasza bliższa więź. Jego bytność na blogu była wtórna w stosunku do tego zakupu. Od tej pory zmuszam (drobną persfazją) Pana Marcina do nabywania  tego, co mi nie schodzi przez dłuższy czas i zalega na sklepowej półce. W związku z tym istnieje ryzyko, że jego mieszkanie pełne jest wychodzących z mody wyrobów tekstylnych. Być może wyrobami tymi obdarowywani są również jego Krewni i Znajomi, za co z góry  i na wszelki wypadek przepraszam i zaznaczam, że jakby co, wykupioną mam polisę OC.

Pan Marcin poczuł się poruszony moim utyskiwaniem na kiepski rower i że przez to nie mogłam pojechać na Kamczatkę. Postanowił więc dorzucić grosz na jego modernizację.  Znany jest mu bowiem tegoroczny plan wakacyjny naszego matkowo-synowego tandemu. Tym typem braterskiego aktu, jaki  z pewnością mieli na myśli chłopcy z Dire Straits komponując piosenkę "Brothers in arms", wzruszył mnie do żywego, ale i natchnął do pewnych działań.

Tu również nowym gościom należy się kilka danych i wyjaśnień.
O tegorocznych planach wakacyjnych pisałam już tu:
http://beatybombonierka.blogspot.com/2013/02/brewerie-na-ferie-ii.html

a o zeszłorocznym wyjeździe między innymi tu:
http://beatybombonierka.blogspot.com/2012/05/brewerie-na-ferie.html

i tu:
http://beatybombonierka.blogspot.com/2012/08/powolutku-po-cichutku.html

i jeszcze tu:
http://beatybombonierka.blogspot.com/2012/08/pocztowki-z-wakacji.html



Co ważne, z tegorocznym planem wyjazdowym ściśle skorelowany jest również plan konkursowy:
http://beatybombonierka.blogspot.com/2012/12/jest-konkurs-sa-widoki.html


Jaki jednak z tego całego bałaganu płynie wniosek? Ano taki, że tegoroczny konkurs ogłoszony przez National Geografic prawdopodobnie mamy wygrany w cuglach. To znaczy, jeszcze nie napisaliśmy ani słowa, ale cały czas nosimy się z zamiarem, w głowie mamy szkic i nawet kupiliśmy kajecik i ołówek.  Za to już dysponujemy z rozmachem  ewentalną nagrodą.

Jeśli jednak inne wyprawy naszej konkurencji pozostawią nas z dala od stawki i nagroda nie wypali, musimy za coś tę szaleńczą wyprawę zorganizować, sprzęt zmodernizować, odzież sportową uzupełnić itd. Najprościej oczywiście byłoby odłożyć z budżetu. Ale w życiu nie chodzi przecież o to, by było najprościej, ale by była przygoda, by się działo i rodziły się powody do uśmiechu.
No i coś mi się wydaje, że zorganizowanie wyprawy pomostowej - łączącej pokolenia  (matka z synem) może już nie wystarczyć. Wszystkie te wariactwa, jak pisanie do arcybiskupa z prośbą o modlitwę, zamówień do IMGiW na słoneczną pogodę oraz do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad o zagwarantowanie trasy wolnej od pielgrzymek etc. mogą okazać się już tylko odgrzewanymi kotletami. Trzeba mieć nowy pomysł na wygrywanie kolejnego konkursu, jaki niechybnie  zaraz pod koniec roku ogłosi znów redakcja NG.



Dlatego też nowe wariactwo. 

Postanowiliśmy w tym roku wraz z synem pojechać w tę wyprawę za cudze pieniądze. To znaczy za Wasze poniekąd, jeśli oczywiście macie ochotę przyłączyć się do zabawy.

Plan, na razie jeszcze schematycznie tylko nakreślony, przegiega kilkutorowo:
1) w sklepie na Allegro będę umieszczać specjalne, dedykowane temu celowi aukcje. Będzie można wylicytować (w prawdziwej licytacji, takiej, w której podbija się cenę, nie poprzez opcję "kup teraz") przeróżne przedmioty - w większości przypadków niepotrzebne i zupełnie nieużyteczne - nie ma co ukrywać i mydlić oczu. O kolejnych akcjach informować będę na tej stronie oraz na bombonierkowym profilu na FB.

2) ze strony blogowej będzie można zakupić cegiełkę - ufundować kilometr trasy dla nas obojga, który wyceniliśmy na razie pobieżnie na kwotę 1,80 zł  (szczegółowe wyliczenia pokazały, że przejechanie każdego kilometra powinno nas kosztować 1,67, ale trzeba doliczyć haracz dla fiskusa). W zamian za zakupioną cegiełkę można otrzymać mailowe potwierdzenie, nad którym od jutra zacznie pracować nasz nadworny grafik. Cegiełkę z formie drukowanej można będzie otrzymać  również listem,  po powiększeniu kwoty zasponsorowanych kilometrów o wartość znaczka pocztowego.

3) bezpośrednio na konto, które specjalnie w tym celu zostanie utworzone, będzie można również przekazać nam kwotę pochodzącą ze zwrotu surowców wtórnych do legalnie działającego punktu, jeśli takowe jeszcze istnieją. Jeśli więc wkurza Cię, drogi Bombonierkowy gościu, zgrzytająca bramka ogrodzenia Twojego znienawidzonego sąsiada i chciałbyś położyć kres swojej codziennej frustracji, jest to propozycja jak najbardziej dla Ciebie. Jeśli wypijasz dużo wina, piwa lub innych trunków w zwrotnych butelkach, to ten punkt również może Cię zainteresować. Jeśli skopałeś mamie ogródek za pieniądze, czego oczywiście nie pochwalamy, ale ze względu na to, iż cel jest szczytny, przymykamy na to nasze pegagogiczne oko - ucieszymy się, jeśli swoje wynagrodzenie za ten trud lub choćby jego część przekażesz nam. Wpłaty takie powinny być (zdecydowanie i stanowczo)  poświadczone oryginałem lub kopią potwierdzenia wykonania takiegoż zadania, o jakich w tym punkcie była mowa.

4) możesz nam również przekazać nieodpłatnie przedmiot, który wykonałaś / wykonałeś samodzielnie, z przeznaczeniem do licytacji. Jeśli więc uszyłaś dziecku lalę, a ono powiedziało, że w życiu się do niej nie przytuli, to my ją chętnie adoptujemy.  Jeśli masz w domu niepublikowany jeszcze nigdzie utwór Morrisona albo kolaż Wisławy Szymborskiej - również będziemy wiedzieli, co z tym zrobić.

5) kolejne punkty i pomysły będziemy rozwijać w trakcie jedzenia.

Jeśli mielibyście jeszcze jakieś propozycje na podobne inicjatywy, nasiąkniemy nimi jak gąbka.

Co jakiś czas, np.  w każdą niedzielę zdawać będziemy relację, jak idą postępy w zbieraniu owych funduszy. Do uzbierania jest kwota 1500 zł (za tyle mamy zamiar i ambicję zrealizować tę podróż). W budżecie, oprócz sfinansowania naszego przejazdu i organizacji pobytu po drodze, musi się również znaleźć miejsce na zmianę kierownicy mojego roweru, bo bez tego znów będę leczyć rękę przez trzy jesienne miesiące. Trzeba zakupić zestaw map, zaopatrzyć apteczkę, przeprowadzić techniczny serwis przedwyjazdowy oraz odpalić działkę dla fiskusa.
Czyli podliczając na samą podróż pewnie pozostanie niewiele. Namawiamy więc gorąco, aby do naszej akcji się sumiennie przyłączyć, jeśli nie chcecie dokarmiać ani opierać nas na trasie.


To tyle tymczasem...
borem lasem...
Gajowy Marucha

Eh, gdybym ja miała dobry rower...

A gdzieś pomiędzy "Szła dzieweczka do laseczka" i "Góralu czy ci nie  żal..." po nie pierwszym czerwonym wytrawnym zawisło, wypowiedziane całkiem poważnie:
- Beti, a czy ty byłaś już na Kamczatce?
- Niestety nie - odparłam również poważnie, a następnie dodałam prowokacyjnie: - Rower mi się popsuł.
Niestety żartów w towarzystwie dzieweczki i górala się nie łapie.
Dzyń, dzyń. Brzdęk, brzdęk.
- No to za tę Kamczatkę wypijmy.
- I za lepszy rower wypijmy też.
Cmok, cmok.


(Zdjęcie z profilu StreetArt in Germany)



sobota, 2 marca 2013

Polaku, nie depcz pijaka! Uszanuj postać narodową!

Wraca sobie Polka w piątek po pracy do domu, po ciemku - jak każda statystyczna Polka, która dorabia bokami po godzinach. Wraca z głową jasną jak słońce, bo oto udało jej się zarobić na kurtkę albo buty dla dziecka. Bo, że zarobiła jednocześnie  na jedno i na drugie, to już raczej nie za zbytnio chyba. Jak standardowa Polka - ma wyrzuty sumienia, że okrada dziecko z czasu (bo właśnie wtedy powinna latorośli uwagę swą poświęcać), a państwo z pieniędzy, bo pracę wykonuje na umowę o dzieło, czyli podatku za to odprowadzi niewiele. Standardowa Polka zachowuje więc postawę mało obywatelską, wynikiem czego całą drogę myśli, jak by się tu państwu, co ją żywi i broni, zrehabilitować. 

Idzie sobie, idzie...
Myśli sobie i myśli...
Do domu ma kawał, więc nawet jeśli w piątek po pracy myśli jej się powoli i z oporem, to w trakcie tej długiej drogi jakaś tam myśl się urodzi... jakaś okazja trafi... a nuż.

No i trafia się, jak ślepej kurze ziarno, pijak, który wisi na rynnie na jej ulicy. I to nie byle jakiej rynnie - na zabytkowej, miedzianej - takiej, na jakich na złomowisku można nieźle się obłowić. I złość bierze statystyczną Polkę, bo pijaczkowie wszelkiej maści  z rwania rynien w okolicy  uczynili sobie dyscyplinę narodową. 

Ale Polka nigdy nie zostaje obojętna w takich przypadkach. O nie! Pomimo, że jest zmęczona, ma obydwie ręce zajęte siatami z surowcem na następne zajęcia, dobywa telefon i dzwoni zgodnie z instrukcją i dyrektywą UE na numer 112, aby sprawę wandalizmu zgłosić. I, kurna, jeszcze się nigdy nie zdarzyło, aby Polkę połączyło tak, jakby chciała, czyli, że jeśli Polka chce zgłosić pożar, to łączy ją ze strażą, a jeśli miejską demolkę to z policją. Nie! Łączy przypadkowo. System zawsze musi się na Polce odegrać i pokazać jej, gdzie ma jej obywatelską postawę. Kobieta zobligowana jest więc gadać najpierw ze strażakiem, ten z kolei dopiero przełącza ją do policji, a ona musi łuszczyć temat jeszcze raz. A czas leci... A rynna wisi ostatkiem sił... A w polskiej głowie lęgną się złe myśli, że może by sprawę olać, udać, że się nic nie widzi i przemknąć do domu, zamknąć za sobą drzwi i mieć święty spokój. Ale ona nie! Ona musi być, kurna, nadgorliwa!

Pan policjant mówi, że sprawę przyjmuje i żeby tam przez chwilę tego pijaczka czymś zająć, powiedzieć mu, żeby przestał rwać te rynny, do czasu, aż patrol przybędzie z odsieczą.

A ponieważ statystyczna Polka jest już w piątkowy wieczór  tak zmęczona, że z myśleniem logicznym jest jej nie tak znowu po drodze, to postanawia wyjść propozycji policjanta naprzeciw.
Przechodzi na drugi chodnik i zachowując bezpieczną odległość, oraz zabezpieczając sobie ewentualną  drogę ucieczki, idzie z pijaczkiem negocjować.

A negocjuje niezwykle elokwentnie:
- E! - krzyczy. Ale pijaczek ma ją za nic i dalej uwskutecznia swój taniec na rynnie. No to ona ponawia prośbę, rozwijając zdanie proste w zdanie złożone: - Eeee, ty!

Pijak odebrał sygnał, bo zaczął błądzić wzrokiem. Spojrzał nawet w kierunku, skąd docierał dźwięk ów. Mało precyzyjnie spojrzał, ale jednak. W każdym razie przestał dewastować miejskie mienie na moment.

- Pan przestanie rwać tę rynnę, bo zawołam policję - krzyczy Polka z bezpiecznej odległości i ma nadzieję, że ten  w agresji nie rzuci się na nią z pięściami. A nawet jeśli, to że może zrobi on to tak samo mało precyzyjnie, jak chwilę temu próbował ją namierzyć wzrokiem.
Pijaczek wydał z siebie bliżej nieokreślone dźwięki, których przesłanie jednak była sobie w stanie Polka wykoncypować. Oburzyła się, że na tym poziomie to ona z nim rozmawiać nie będzie. Musi jednak zająć czymś obywatela do momentu nadjechania radiowozu. W końcu ojczyzna na nią liczy! 

No to prowadzi konwersację, próbując poruszyć sumienie interlokutora:
- Pan nie może niszczyć tych rynien. To kosztuje magistrat majątek. Pan zobaczy, jakie one ładne. I elewacje nie zaciekają od deszczu. Miastu potrzebne te rynny. Jeśli brakuje panu na chlebek, to ja z panem pójdę i ten chlebek zafunduję. - Polka nie może wyjść ze zdziwienia, skąd się w niej odezwała taka krasomówczyni.

Pan jednak był mało wyrozumiały i  zaczął być słownie agresywny. Polka więc kalkuluje, co zrobić, jeśli pijaczek przejdzie od słów do czynów i zacznie być agresywny fizycznie. Jak się bronić? W co walić, aby nie zabić, a tylko ogłuszyć? Twarde przedmioty ma w jednej siatce, a miękkie w drugiej. Czy cios lekką siatką okaże się wystarczający, czy niezbędne będzie użycie drugiej, cięższej, co pewnie miałoby złe konsekwencje dla oponenta, ale i też nie najlepsze dla Polki.

Ale rodzi się w Polce jednocześnie zwykłe, zimne wyrachowanie - za napaść (ogłuszenie) mogą jej grozić najwyżej trzy lata. Za zabójstwo -  jakieś 25 lat, co w jej przypadku może oznaczać dożywocie. Decyduje się więc Polka na użycie siaty lżejszej, tej w której ma tylko rafię, sztuczne kwiatki i styropionowe jaja. Zwłaszcza, że kalkuluje dodatkowo, iż z paki wyjdzie akurat w tym momencie, jak latorośl skończy podstawówkę. A matka Polka nie cierpi odrabiać z córką lekcji z polaka. Polka zamierza więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: ocali przed dewastacją miedziane rynny oraz uchyli się od znienawidzonego szkolnego obowiązku. Szczwany lis z tej Polki!

I byłaby zrealizowała tę swoją strategię, gdyby nie nadjechał właśnie z rykiem radiowóz.

Panowie uzbrojeni po zęby dostawili się raz-dwa do pijaczka. Próbowali wyegzekwować od obywatela dane osobowe. Z Polki wydusili je w czasie o połowę krótszym, bo Polka z procedurą obeznana jest już od dawna. Nie pierwszy już raz wzywa policję w sprawach podobnych, więc wie, że dane osobowe podać trzeba i z literą prawa nie ma co nadmiernie dyskutować. Następnie stróże nie omieszkali wskazać na fakt, że do przestępstwa nie doszło, bo rynna jeszcze wisi. Było to więc zaledwie usiłowanie czynu zakazanego. Ich rola się tu kończy, bo na usiłowanie nie ma paragrafu.  Zgarnęli jednak pana do radiowozu z zamiarem zakwaterowania go w izbie wytrzeźwień.

Ze zwględów powyższych nerwy  biorą górę nad stoickim jak dotąd opanowaniem Polki i postanawia ona dać upust swojej frustracji z tego tytułu, z użyciem wszelkich dostępnych środków wyrazu, a już epitetów w szczególności. Pan policjant z uśmiechem upomniał, że na wyrażanie epitetów w obecności funkcjonariusza na służbie już paragrafy się jakieś tam znajdą. Polka ma nadzieję, że funkcjonariusz raczy żartować.

Ufff... żartował jednak.

Polka tak czy siak jest wkurzona na maksa i obiecała sobie, że już nigdy więcej... że gdzieś ma obywatelską postawę, skoro państwo nie wykazuje troski o publiczny majątek i zasłania się procedurą. Denerwuje ją, że dała się znowu wynotować, a pijaczek zostanie zgarnięty do radiowozu za pijaństwo, a nie za wandalizm. Polka tego nie rozumie i czuje się roczarowana, że podatnik jeszcze zafunduje pijaczkowi wygodny nocleg w ciepełku, zamiast dać po głowie.

Ech, wkurza się Polka, że mieszka w takiej okolicy, w której scenariusz taki ciągle się powtarza. Że pijaczkowie w jej okoicy mnożą się jak grzyby po deszczu, albo co gorsza jak króliki.

A właśnie... a propos króliki...
Przechodzi złość statystycznej Polce, gdy przypomina sobie o pracy. Bo praca uszlachetnia - powiedział ktoś.






piątek, 1 marca 2013

Cudem odnalezione wspomnienia Kaliguli z okresu dzieciństwa

Ha! Co za ruch! I pomyśleć, że to z powodu fortunnie użytego słowa "seks" w tytule ostatniego wpisu.
Szkoda, że to nie z powodu treści samego posta, ale zostawmy to... Udaję, że to mnie w ogóle nie dotknęło. W ogóle :)
No to dziś tytuł równie chwytliwy, jak myślę.

W sumie wpis powinnam zrobić bladym świtem, tylko, że:
po pierwsze primo - były sprawy do załatwienia,
po drugie primo - moja maszyna losująca wyemigrowała ze szkoły, a bardzo chciałam, żeby wszystko odbyło się w miarę obiektywnie i z udziałem osoby trzeciej (w tym wypadku drugiej).





I jak tylko maszyna losująca wróciła z placówki szkolno-wychowawczej, umyła się i zjadła naleśniki, przystąpiłyśmy do wyłonienia szczęśliwca w tej zwariowanej i nie do końca przemyślanej zabawie. Racjonalne myślenie nigdy nie było naszą dobrą stroną w takich przypadkach, dlatego też trzeba było widzieć nasze podniecenie. I to z jakiego powodu? A no z takiego, że mieszkalny majątek uszczuplamy, zamiast powiększać. W normalnych warunkach są oczywiście na to odpowiednie diagnozy, ale nie w blogowym świecie przecież. Tu panują inne reguły.

Tak więc przechodząc do sedna, ucieszyłyśmy się, że nagroda powędruje do:





Ale ponieważ Oliśce czynność losowania bardzo podpasowała, a i chętnych było tak dużo, że to przerosło moje najśmielsze oczekiwania, co ucieszyło mnie jeszcze bardziej, postanowiłam dać jeszcze jeden upominek od siebie.  Może już nie tak okazały i wypasiony, bo budżet też mam ograniczony, a i resztki rozsądku bronią się jak mogą, ale jednak niespodzianka dodatkowa się szykuje. Dodatkowym pakietem niespodzianek obdarujemy więc:




Wylosowane osoby proszę o kontakt mailowy, gdzie dopełnimy reszty formalności. Osoby mogą się oczywiście zrzec, wtedy nagrody przekażemy na cele charytatywne, bo tak jest poprawnie politycznie. Bądźmy jednak szczerzy - komu potrzebne taaakie poduszki?! Tak więc mam nadzieję na rychły miły kontakt z Wami w tej sprawie.

Pozostałym osobom posyłam uśmiechy. Żadne to pocieszenie. Wiem. Leczę tylko własne sumienie okaleczone faktem, że nie mogę obdarować każdego. Obiecuję jednak dalsze zabawy tego typu.
Tak czy inaczej jest mi miło, że zechciałyście / zechcieliście tu być i mam nadzieję, że zatrzymacie się u mnie na dłużej.

To tyle tytułem radykalnego roztrzygnięcia i tropienia zagadek starożytności
Macham do Was dekadencko i pretensjonalnie
Agrypina Młodsza




czwartek, 28 lutego 2013

Rozmowy o seksie

Oczywiście, że tytuł z przedmiotem wpisu będzie miał się nijak, bo o żadnym seksie mowy tu nie będzie, liczę tylko na nośne hasło i robię sobie frekwencję psim swędem.

Bo kto się nie poczuł zafrapowany, no kto? Przyznać się!

O seksie nie będzie więc raczej nic a nic. Przynajmniej nie bezpośrednio. Dziś chciałam opowiedzieć, jak mi się trudno praca na moich warsztatach w centrum Unesco układa. Nie jest łatwo z moimi kobitkami, bo im się wszystko kojarzy. No, wiadomo z czym się kojarzy. Właśnie z tym, o czym dziś nie będziemy  tu  rozmawiać.

Grupę mam dość skomplikowaną: prawie trzydzieści kobiet - dwadzieścia lat starszych  (60%) bądź też dwa razy młodszych ode mnie (40%) plus jeden młodzian płci męskiej. Jest to ten jeden jedyny przypadek w przyrodzie, gdy suma uczestników nie równa się 100%, tylko 100% plus jeden.
Ten JEDEN zapewnia nam parytet, co ze względu na skomplikowane procedury i wybujałą europejską biurokrację nie jest wcale takie bagatelne. W założeniach było postawione, że projekt ma stanowić pomost międzypokoleniowy oraz międzypłciowy. Gdyby nie zgłosił się więc nasz rodzynek, nie byłoby jak tej kładki przerzucić i ze względów proceduralnych mogłabym zostać bez pracy.

Ale wracając do tematu skojarzeń - bez względu na wiek i płeć, wszyscy je mają. Przynajmniej ci w mojej grupie, bo za resztę populacji ręczyć nie mogę.  I trudno jest prowadzić zajęcia tak, aby im się kojarzyło wszystko tak jak trzeba, bezpośrednio, wręcz literalnie. Według nich wszędzie jest jakiś podtekst wiadomej natury.

Ja więc im wydaję dyspozycję: "powierzchnię wygładzamy paluszkiem na mokro" - śmiechy. Ja im: "nie masakrujemy tych krawędzi, a bardziej  je dopieszczamy" - śmiechy. Ja im o podróży marzeń, a oni mają na myśli turystykę seksualną na daleki wschód - i śmiechy. Ja im rozprawiam o ziołach, a oni myślą o afrodyzjakach, itd., itp.  No, nie da się zachować powagi. A po tych wszystkich chichach-śmichach licytują się przed rozejściem się do domów, co to mężom danego wieczoru zgotują.

A ja co? Sama do domu, do chłodnej pościeli. Do książek. Ot, życie! Jak to tak, aby uczniowie zaginali w czymś ciało pedagogiczne? Nie, żebym się skarżyła; lekuchno tylko ubolewam, że nie bardzo ma mi się z czym wszystko kojarzyć ostatnio. Już nie mówiąc o tym, że mi się próba budowania autorytetu sypie.

A jutro? Jutro znowu zajęcia. I jak ja mam od progu obwieścić, że tym razem zajmować się będziemy...  jajkami???