poniedziałek, 4 lutego 2013

Tekstylia

Czytałyście zapewne, szanowne koleżanki,  którąś z powieści Debbie Macomber - opowieści z typu tych, w których kobieta prowadzi sklepik z tkaninami / warsztat tkacki / zakład dziewiarski etc., zostaje dotknięta przez ciężką chorobę / opuszczona przez męża lub przyjaciela i nagle znajduje się wybawca - jakiś superprzystojniak - dostawca owych włóczek / materiałów / włosów do peruk czy czego tam jeszcze / konwojent / kominiarz  lub inny wykonawca typowo męskiego zawodu. Oczywiście opowieść kończy się dla głównej bohaterki tylko dobrze, czyli że znajduje słodki finał w silnych ramionach owego szlachetnego superhero. Każda znana mi dziewczyna, która, podobnie jak ja, siedzi zawodowo w tym dziewiarsko-szwalniczym biznesie po uszy, prędzej czy później potknęła się o którąś z tych cud-powieści pisanych według tego samego schematu.

Otóż przeczytałam ostatnio "Tekstylia" napisaną przez Orly Casel-Bloom - jak zapewnia wydawca, jedną z pięćdziesięciu najbardziej wpływowych kobiet Izraela. Książka bynajmniej nie pisana więc przez wspomnianą Debbie, ani bynajmniej nie z tego schematu, a wręcz będąca  dokładną tego  antytezą,  a z powyższymi wiąże ją jedynie tytuł i sceneria (scenografia!) rozgrywającej się akcji.



Przyznam się szczerze, że książkę ową zakupiłam właśnie dzięki tytułowi, jako że temat tekstyliów jest mi szczególnie bliski od lat. Dodatkowo przekonała mnie okładkowa zapowiedź, która napomykała, że będę miała do czynienia   ze "Zwariowaną, zabawną, poruszającą, mistrzowską literacko podróżą w samo sedno izraelskiego absurdu." 

Owo sedno tego absurdu, który swoją drogą wcale nie musi być znowu taki izraelski, napotkałam już na samym początku książki.

Opowieść wprowadza czytelnika w życie dość majętnej żydowskiej rodziny zbudowanej według schematu 2+2. Szybko poznałam wszystkich członków rodziny, a już najbardziej ich dziwactwa, które są esencją całego tego literackiego przedsięwzięcia.  Wszyscy prowadzą dziwaczne życie, które za sprawą świetnego pisarstwa i dużej dawki dystansu wobec przewijających się wydarzeń szybko zaczynamy postrzegać jako jakąś irracjonalną  normę.  Wszyscy (jak to wyczytałam na okładce z tyłu książki i z czym się całkowicie zgadzam) zajmują się "uśmierzaniem życia", znieczulaniem świadomości  w obliczu lęku, bólu i strachu.

Matka prowadzi odziedziczoną po babce fabrykę piżam, cały czas od dziesięcioleci w niezmieniony sposób. W obsesyjny sposób boi się dokonywać zmian w procesach technologicznych produkcji swojej fabryki, których nie życzyłaby sobie babka. Obsesyjnie również boi się zestarzeć. Poddaje się więc niezliczonej ilości plastycznych operacji, mających pomóc jej zachować młodość. Wartością dodaną, jeśli nie zasadniczą tych chirurgicznych zabiegów są euforyczne stany po znieczuleniu ogólnym  (a że takowe są - sama przekonałam się kiedyś na własnej skórze).

Ojciec - po wynalezieniu ruchomych schodów specjalnej konstrukcji (poruszających się spiralnie) i odebraniu zasłużonych laurów, włącznie z najwyższymi państwowymi odznaczeniami,  popadłby pewnie w niepamięć świata nauki, gdyby nie dostał zlecenia od ministerstwa obrony na wynalezienie supermocnego włókna, które należało pozyskać do produkcji odzieży kuloodpornej. Prace nad wynalazkiem omalże nie legły w gruzach wraz ze śmiercią większości populacji pająków, które produkowały sieć będącą źródłem pozyskiwania superwytrzymałych włókien. Wynalazca porażkę tę  (choć jak się później okazało, nie była to jedyna przyczyna) przypłacił ciężką depresją, za sprawą której zakochał się irracjonalnie we wspólniczce naukowego przedsięwzięcia.

Syn Dael - wykonuje cholernie niebezpieczną robotę. Codziennie wręcz ociera się o śmierć. Strzela do palestyńskich żołnierzy i w ogóle do wrogów systemu, balansując na granicy życia i śmierci pod nieustającym ostrzałem nieprzyjaciela. Jest snajperem doskonałym - strzela do celu bez chybień - a to tylko dzięki temu, że w chwili oddania strzału w miejsce twarzy potencjalnej ofiary wstawia w swojej wyobraźni  twarz osoby, która mu w życiu dokuczyła, lub choćby lekko nacisnęła na odcisk. Zajęcie to traktuje jednak nieco beznamiętnie - ma ono być przystankiem w drodze do stania się erudytą.

Córka Lirit - w czasie rekonwalescencji matki po kolejnym zabiegu zajmuje się fabryką w  jej zastępstwie. Prowadzi dwa życia - jedno na prowincji, które dzieli z chłopakiem ascetą, ekologiem i pseudofilozofem - jak się okazuje, również wirtuozem koniunkturalizmu. Drugie w mieście, w domu rodziców, podczas pobytów matki w szpitalach - spędza wtedy czas głównie na rozpieszczaniu siebie, na zaspokajaniu hedonistycznych zachcianek, na które apetytu nabiera w okresach ascezy narzuconej przez apodyktycznego narzeczonego.

Wszystkie te osobistości czeka trudna próba - nadchodzi dzień, w którym  wszyscy oni będą zmuszeni zweryfikować swoje zapatrywania na życie, na potrzeby i wygody, na wartości, które są dla nich ważne i te, które są jedynie tłem. Żadne z nich nie zda tego egzaminu celująco, choć zabawne (ale i nakłaniające do refleksji) jest to, jak sobie próbują radzić z kryzysem lub raczej przed nim uciekać.

Pod względem językowym oceniam książkę na czwórkę z plusem - technicznie nie można jej niczego zarzucić, co po mękach przy "Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki" wydało mi się zasłużoną nagrodą. Książkę czyta się szybko, płynnie i bez zacięć. Styl jednak jest zbyt reporterski, a przez to czułam się, jakbym fabułę oglądała przez szybę. I to pancerną. Historie tych osób poznawałam z zaciekawieniem, choć nie wywoływały one we mnie większych uczuć. Wszystkie postaci były dla mnie jednakowo chłodne, żadnej z nich nie polubiłam bardziej od innych.

To chyba jedyny mankament, jakiego się dopatrzyłam.

Podobało mi się natomiast to, że historia, pomimo dość wyraźnego  zawieszenia w określonym miejscu i czasie, tak naprawdę mogłaby wydarzyć się wszędzie. Dopatrzyłam się wielu cech, które z powodzeniem - przeniesione na nasze podwórko - znalazłabym u siebie, swoich sąsiadów i znajomych. Nie jest to szczególnie budujące, zważywszy na fakt, że większości tych cech należałoby się raczej wstydzić.

Na koniec garść cytatów:

"A jednak od czasu do czasu przypominał sobie o swoim żydowskim pochodzeniu i powtarzał w duchu, że gdyby wtedy żył, to pewnie by już nie żył." (rzecz dotyczyła rozważań o holokauście).

"Profeta dochodził też do wniosków optymistycznych: ród człowieczy ocalą Chińczycy. Oni to, stanowiący największy kawałek populacyjnego tortu naszego globu, zrozumieją, że żaden inny naród nie jest w stanie opanować groźnej autoagresji, jaka ogarnęła ziemię. Wówczas z konfucjańską dyscypliną, kładąc nacisk na biurokrację i przykładając wagę do detali, Chińczycy zawładną światem, który będzie już prawie całkiem wirtualny  i znanymi sobie metodami doprowadzą go do ładu."

"Mandy uważała, że państwo, które zapewniło jej mężowi wszelkie warunki do pracy nad mundurem ochronnym, powinno pilnie zainwestować w dren do odprowadzania wody sodowej, która uderzyła mu do głowy, odkąd dostał Nagrodę Izraela."






5 komentarzy:

  1. Ciekawie się zapowiada. Jak mi wpadnie w łapy w księgarni to ją przygarnę.
    Widzę, że teraz o dziarskim staruszku czytasz. Ciekawe jakie po niej będziesz mieć wrażenia. Przeczytałam ją, ale nie będę nic o niej pisać teraz bo czytasz. ;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Drui, na razie jestem zachwycona. Brnę przez te czterysta stron jak burza. Zaśmiewam się, aż echo niesie z mej wanny na pozostałe piętra. Tego trzeba mi było na przedwiośniu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej, aż mi kamień z serca spadł, że nie tylko ja mordowałam się przez "szelmostwa niegrzecznej dziewczynki"..... Bo to ponoć cud literacki, jak zapewniają ZNAWCY. Ja chyba wolę tekst, który da się przeczytać ze zrozumieniem podczas pierwszego czytania... pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pepsi, to nawet nie chodzi o to, że książka "Szelmostwa..." nie dała się rozumieć językowo. Jak dla mnie nie dała się rozumieć z punktu widzenia logiki i rachunku prawdopodobieństwa. Akcja mnie zamordowała.

    OdpowiedzUsuń
  5. z grubsza też mam to na myśli, choć jestem za prostotą logiczno - lingwistyczną również...;-)

    OdpowiedzUsuń